Kategorie
Inne

500 dni w oka mgnieniu

Po raz kolejny przekonałem się, że istnieje coś takiego, jak dylatacja czasu. No, może niezbyt precyzyjnie użyłem tego pojęcia, ale chodzi o fakt, że dzisiaj 500 dni wydaje się być dużo mniej odległym terminem, niż w momencie, gdy tę stronę uruchamiałem.

Nie ma co ukrywać, działo się trochę przez te ostatnie 500 dni. Na początku wszystko układało się całkiem pomyślnie – stopniowo czułem się coraz pewniej w tworzeniu treści na stronie, pojawiały się różne nowe pomysły, moje teksty zaczęły docierać do coraz większej ilości osób, rosła motywacja do rozwoju. W międzyczasie wróciłem z Majorki i odbyłem trzy całkiem konkretne wyprawy, więc było co relacjonować, miałem już niemal wszystko przygotowane do pracy w Bułgarii…

Lecz w międzyczasie pojawił się sam-wiesz-co i wszystko zaczęło powoli się rozpadać jak wtedy, gdy grając w Jengę przeciwnik wyciąga niewłaściwego klocka – widzisz, że coś zaczyna się dziać, obserwujesz reakcję i dalsze próby, które powodują coraz większy wstrząs i widoczne objawy stresu, gdy nie ma już możliwości wsunięcia felernego elementu spowrotem i jedyne wyjście to próba wyciągnięcia klocka i ciche błaganie o cudowne utrzymanie wieży, które ostatecznie nie zostają wysłuchane i cała konstrukcja spektakularnie rozlatuje się. Problem tylko w tym, że zamiast małymi drewnianymi elementami gra odbywa się z użyciem ogromnych belek i niemal każdy gracz został mniej lub bardziej poturbowany.

Nie inaczej było w moim przypadku. Kariera w branży turystycznej została dość brutalnie przerwana i do tej pory po cichu liczę, że sytuacja kiedyś troszkę się uzdrowi i uda mi się wkręcić jeszcze w jakąś pracę za granicą, a w międzyczasie wylądowałem w rodzinnym domu u progu pandemii, bez pracy i z oszczędnościami trochę uszczuplonymi przez zagraniczne wojaże. Samo to nie było problemem – zawsze fajnie jest spędzić więcej czasu w gronie rodziny i znajomych. Tyle tylko, że najpierw każdy unikał kontaktów, potem doszły obostrzenia, latem wszystko nieco znormalniało, by jesienią ponownie uderzyć. Nie ma co ukrywać – to wszystko dało się we znaki i sprawiło, że poziomy witalne uległy obniżeniu.

No, ale czas podsumować Projekt 500 dni. Przez ten czas:

  • Na stronie opublikowałem 34 wpisy (ten więc jest numer 35)
  • Na YouTube pojawiło się 13 filmów, z czego 5 w formacie vloga
  • Na Instagramie dodałem 38 zdjęć
  • Byłem na Majorce, Teneryfie, La Palmie, La Gomerze, El Hierro, w Barcelonie, Pekinie, Tajlandii, Birmie i Islandii

Jeśli złączyć teksty na stronie i kanaryjskiego vloga, wychodzi 39 publikacji, czyli nowa treść pojawiała się średnio raz na 13 dni. Zakładając projekt przyjąłem, że pojawi się w tym czasie 50 publikacji, więc wynik jest poniżej planu, jednak wciąż jest to dla mnie zadowalający wynik, tym bardziej, że odnotowałem postęp, jeśli chodzi o jakość udostępnianych materiałów. Jeśli chodzi o ilość, to mogę to zrzucić na jesienną chandrę w koronawirusowej rzeczywistości – niejednokrotnie miałem dni, w których naprawdę chciałem coś napisać, ale po paru chwilach jedyne, co udało mi się wykrzesać, to kilka linijek.

Zmienił się też profil wpisów na stronie, która stała się podróżniczym blogiem. Dużą część zajęła relacja z wyprawy po Azji, ale największym powodzeniem cieszyły się wpisy tematyczne – najbardziej poczytna była historia Willi Wintera, z którą zapoznało się ponad 900 osób! Drugi najbardziej poczytny był tekst o lotnisku na Maderze, który zebrał prawie 300 odsłon.

Całość mi uświadomiła ogrom pracy, jaki trzeba włożyć, by prowadzić porządnego bloga. Nie jest to wcale taka prosta sprawa – nie wystarczy raz na jakiś czas dodać jakiś wpis między krótkimi postami na Facebooku czy fajnymi zdjęciami na Instagramie. Aby coś osiągnąć w tej kwestii trzeba na to poświęcić masę czasu i energii, na co nie byłem absolutnie przygotowany, bo też nie miałem na celu zostać blogerem roku. Teraz jednak wiem, że jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy taki pomysł, to pierwsze kilka-kilkanaście miesięcy to będzie ciężka praca na to, aby osiągnąć jakiekolwiek sensowne rezultaty.

No dobra, 500 dni minęło. Co dalej? Na ten moment nie porzucam idei swojego osobistego Internetowego pamiętniczka – wciąż pisanie sprawia mi dużo satysfakcji, więc na pewno coś tutaj jeszcze będzie się działo. Czy będę próbował zwojować świat? Raczej wątpię, a już na pewno nie nastąpi to w ciągu następnych 500 dni. Mam jednak nadzieję, że uda mi się kiedyś rozwinąć swe pióra na tyle, by wybić się w tym światku.

A tymczasem dziękuję wszystkim za to, którzy byli obecni w moim życiu przez cały ten czas i wspierali w moim projekcie. Mam nadzieję, że pozostaniecie ze mną jeszcze trochę!

P.S. Wiem, że ten wpis nie jest perfekcyjny, ale jest to zasługa moich wspaniałych rodziców i niesamowitych przyjaciół, którzy z okazji moich trzydziestych urodzin postanowili zrobić mi imprezę-niespodziankę! Dziękuję wam, jestem w stanie lekkiego szoku i ekscytacji nawet teraz, gdy to piszę!


Dzień 0

Kategorie
Podróże

W 10 dni dookoła Islandii

Islandia od dawna była jednym z krajów, który chciałem odwiedzić. Fascynowały mnie przede wszystkim bezkresne, niemal nietknięte ludzką ręką krajobrazy i częstotliwość, z jaką można nocą ujrzeć zorze polarne. Na początku tego roku udało się zrealizować ten cel.

Historia zaczęła się gdzieś we wrześniu 2019 roku, kiedy to wspólnie z Kasią i Jerzykiem, z którymi pracowałem i mieszkałem na Majorce, zastanawialiśmy się nad naszymi planami na zimę. Jedną z propozycji był wspólny wypad właśnie na Islandię. Później plan ten zaczął się materializować w momencie znalezienia przystępnych cenowo biletów lotniczych. Kiedy je zarezerwowaliśmy, przeszliśmy do ustalania szczegółów naszego wypadu. Ogólne założenia były następujące – pierwszy wieczór spędzamy w Reykjaviku, zwiedzając stolicę Islandii, po czym następnego dnia bierzemy kampera i resztę czasu spędzamy podróżując po drodze krajowej numer 1, czyli robiąc okrążenie po całym kraju, odbijając z głównej drogi w celu odwiedzenia najciekawszych miejsc, które były o tej porze roku dostępne.

W ten sposób, od słów do czynów, 20 lutego znalazłem się w Krakowie, skąd mieliśmy wylatywać. Przybyłem dzień wcześniej, więc znalazł się czas na zrobienie zakupów na drogę. Naszym założeniem była podróż jak najbardziej ekonomiczna, więc po zapoznaniu się z cenami podstawowych produktów w Islandii, które są wyższe niż w Europie, zaopatrzyliśmy się w całą masę jedzenia zdatnego do podróży – pieczywo, sery, wędliny, pasztety, zupki, gorące kubki, coś na osłodę, alkohol i tak dalej. Zawczasu kupiłem odpowiednie ubrania, jednak spacerując po sklepach dokupiłem jeszcze dodatkową odzież termiczną (zwane niegdyś kalesonami). Później spacerek po rynku, powrót na noc do mieszkania Jerzyka i następnego dnia podróż na lotnisko, by po czterech godzinach lotu, po godzinie 18, wylądować w Keflaviku.

Tam wsiedliśmy we Flybusa, który zawiózł nas do Reykjaviku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg na jedną noc. Rzuciliśmy nasz dobytek, chwilę odsapnęliśmy i zastanawialiśmy się co począć z resztą wieczoru. W podjęciu decyzji pomógł Bartek – mój znajomy, który po wrzuceniu przeze mnie na Facebooka informacji o starcie podróży zaproponował wspólne wyjście na piwo. Umówiliśmy się w centrum miasta, do którego spacerkiem mieliśmy jakieś kilkanaście minut. Miejscem spotkania miał być punkt z najlepszymi hot-dogami stolicy, zwany „pylsur„. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że stoimy przed najzwyklejszą w świecie budką, których kilkanaście lat temu w Polsce było cała masa, w której serwowane są najzwyklejsze w świecie parówki włożone w najzwyklęjszą w świecie bułkę i polane najzwyklejszym w świecie keczupem. Bartek uparł się, że nam stawia, jednak dla celów czysto informacyjnych zaznaczę, że jeden taki hot-dog to koszt 350 koron islandzkich, czyli około 10 złotych. Po tej „uczcie” pospacerowaliśmy trochę po centrum, pomęczyliśmy naszego przewodnika standardową serią pytań turystycznych w stylu „Jak się mieszka? Ile zarabiasz? Jacy są tu ludzie?”, po czym wróciliśmy do naszego lokum. Piwa nie wypiliśmy, bo sklepy z alkoholem były o tej porze zamknięte, nas zaś stawka za pylsura zniechęciła do odwiedzania jakiegokolwiek baropodobnego przybytku (o ile w ogóle był jakiś otwarty – dostęp do alkoholu jest na Islandii mocno utrudniony).

Poranek przyniósł kolejne potwierdzenie jednej z informacji znalezionych przed podróżą w Internecie. Ciepła woda niesie ze sobą również interesujące wrażenia zapachowe. Wszystko za sprawą tego, że w kranach płynie woda ze źródeł geotermalnych, która zawiera w sobie związki siarki, wydzielając aromat często porównywany do zgniłego jajka. Pierwszy prysznic pod tym względem był intrygującym doświadczeniem, choć byłem przygotowany na dużo gorsze, bardziej intensywne doznania. Ot, trochę dziwnego, mało przyjemnego zapachu, nic więcej, po paru minutach nie stanowiło to już żadnego problemu.

Po prysznicu i śniadaniu wyszliśmy ponownie na obchód stolicy, ponieważ na krótko przed przylotem CampEasy, z którego rezerwowaliśmy kampera, przeniósł swoją siedzibę do Keflaviku, co nieco zmieniło nasze plany, ale udało nam się dogadać, że z powodu zamieszania odbierając busa o godzinie 15 za ten dzień nie będziemy płacić. Zobaczyliśmy więc Reykjavik za dnia – odwiedziliśmy lokalny targ, zajrzeliśmy do środka filharmonii, zajrzeliśmy do środka nietypowej katedry i o umówionej godzinie byliśmy ponownie pod naszą tymczasową kwaterą. Osoba, która nas odbierała, okazała się być Polakiem, co nie było jakąś wielką niespodzianką – według danych statystycznych Islandię zamieszkuje 20 tysięcy Polaków, co oznacza, że mniej więcej co 20 osoba pochodzi z Polski, w tym aż co druga nie będąca obywatelem Islandii!

Po niecałej godzinie dojechaliśmy do biura w Keflaviku i podpisywaliśmy umowę na wypożyczenie naszego kampera. Przed ruszeniem w drogę otrzymaliśmy garść porad i wskazówek oraz tablet, który okazał się bezcennym wsparciem w naszych wojażach. Dzięki niemu mogliśmy bez większych trudów znaleźć ciekawe miejsca warte odwiedzenia, najbliższe otwarte sklepy, stacje benzynowe czy kempingi (bo nocować w samochodzie można tylko w wyznaczonych do tego miejscach, co jest pilnowane nie tylko przez policję, ale podobno i samych mieszkańców), jak również mogliśmy śledzić prognozy pogody i informacje o aktualnym stanie dróg w całym kraju.

Szczególnie to ostatnie było kluczowe w realizacji naszego planu podróży. Końcówka lutego to wciąż zima i niejednokrotnie aura mocno utrudniała, a czasem wręcz uniemożliwiała realizację jakiegoś celu (o lataniu dronem nawet nie chcę pisać – udało się go wzbić w powietrze tylko parę razy). Minusowa temperatura powietrza, opady śniegu i silne wiatry sprawiają, że nawet mimo odpowiednio przygotowanego pojazdu trzeba być gotowym na każde zdarzenie na drodze. Pod tym względem mieliśmy bardzo dużo szczęścia, gdyż zaczęliśmy naszą podróż od południa, gdy warunki były całkiem dobre, lecz wraz z obraniem kierunku na północ pogoda zaczęła się psuć. Raz jechaliśmy do najbliższego kempingu nocą w totalnej śnieżycy, z widocznością na poziomie kilku metrów. Przed nami jechał tylko jakiś ciężki pojazd, który był naszym przewodnikiem na trasie – starałem się jak mogłem dotrzymać mu tempa i podążać za jego światłami, inaczej zapewne utknęlibyśmy gdzieś na środku drogi, wlekąc się kilka kilometrów na godzinę. Nie mieli szczęścia ci, co startując w tym samym czasie, co my, zaczynali swoją podróż kierując się na północ, ponieważ po kilku dniach niemal wszystkie drogi na południu były zamknięte z powodu śnieżyc i silnych wiatrów, więc objechanie całej „jedynki” było niemożliwe.

Nie było chyba dnia, w którym nie widzieliśmy jakiegoś samochodu, który utknął w zaspie na poboczu. Jeden z nich pomagaliśmy zresztą wyciągać po tym, jak zakopał się w śniegu na parkingu i nie był w stanie samodzielnie wyjechać. Pogoda bywa w Islandii bardzo często bezwzględna, o czym sami zresztą się przekonaliśmy, gdy droga do Hofsós, która na naszym tablecie była oznaczona jako względnie przejezdna, okazała się długą na kilka kilometrów taflą lodu. Nie pomagał też wiatr wiejący prosto w bok naszego busa, który dawał się we znaki, ale nie był jeszcze zbyt uciążliwy. Dojechawszy do miasteczka zarządziliśmy odwrót i zanim udało nam się opuścić tę trasę, porywy zaczęły przekraczać prędkość stu kilometrów na godzinę. Pierwszy „strzał” prawie zepchnął nas z trasy, ale jakoś udało się wrócić na drogę, lecz zanim udało mi się skorygować tor jazdy walnął nas drugi, jeszcze mocniejszy podmuch. W tym momencie nasz kamper sunął po skosie w kierunku zaspy jak curlingowy kamień i mimo desperackich prób odzyskania przyczepności sami skończyliśmy poza drogą. Po wezwaniu pomocy drogowej przyjechał jeden pickup z wyciągarką – nie dał rady. Na wsparcie przyjechał drugi – bez zmian, obydwa ślizgały się na lodzie przy próbach uratowania nas. Dopiero wielka piaskarka dała radę wyciągnąć nas z tarapatów. Cena za naukę szacunku do żywiołów była bardzo wysoka – ostatecznie usługa kosztowała nas sto tysięcy koron, czyli prawie 3 tysiące złotych… Auć.

Wracając jednak do naszego planu podróży – najpierw jechaliśmy na zachód, przez południową część Islandii. Jest to popularniejsza i bardziej „zatłoczona” część kraju ze względu na większą ilość miejsc wartych odwiedzenia i łagodniejsze warunki panujące na trasie, przez co łatwiej organizować autokarowe wycieczki z Reykjaviku. Szczególnie dużo ludzi było obecnych w najpopularniejszych punktach, jak Diamentowa Plaża leżąca przy zatoce Jökulsárlón, której nazwa wzięła się od wielkich lodowych brył leżących na brzegu, wodospad Skógafoss, miejsce styku eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej płyt tektonicznych na terenie Parku Narodowego Þingvellir, jak również Geysir, czyli strzelające na kilkadziesiąt metrów źródło geotermalne, od którego rozpowszechniła się nazwa na wszystkie tego typu zjawiska, czy czarna plaża Reynisfjara z ogromnymi i zadziwiająco symetrycznymi bazaltowymi kolumnami. Dzięki wynajęciu kampera mieliśmy okazję odwiedzić również miejsca, do których autokarowe wycieczki się nie zapuszczały, przez co wydawały się niemal bezludne.

Jednym z takich miejsc jest gorąca rzeka Reykjadalur, która latem jest ponoć mocno zatłoczona, zimą jednak razem z naszą trójką było raptem kilkanaście osób. Żeby jednak do niej dotrzeć, trzeba przejść przez ponad trzykilometrową trasę trekkingową, która jest pełna wspaniałych krajobrazów, wymaga jednak momentami dużej dozy ostrożności zimą. Przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy to złapałem poślizg i przewróciłem się na oblodzonym kawałku ścieżki, co przyczyniło się do połamania statywu, który miałem zawieszony na plecaku, a który Kasia kupiła dosłownie dzień przed wyjazdem… Wejście do gorącej wody zrekompensowało wszelkie trudy na tyle, aż nie chciało nam się z niej wychodzić – tym bardziej, że oznaczało to wystawienie się na kilka chwil na minusową temperaturę i chłodny wiatr w czasie przebierania się.

Innym miejscem na południu, przy którym było względnie pusto, to wodospad Gljufrabui, który schowany jest wewnątrz malutkiego kanionu, przez który trzeba przejść po kamieniach wystających z malutkiej rzeczki, którą ten wodospad tworzy. Trafiliśmy na niego trochę przypadkiem, spacerując z rana po kempingu, na którym nocowaliśmy. Znaleźć go można zaraz obok bardziej popularnego Seljalandsfoss, który przyciąga znacznie większą rzeszę turystów – po spędzeniu czasu przy naszym „odkryciu” zadowoliliśmy się widokiem na ten wodospad z drogi, zniechęceni do bliższych oględzin masą samochodów i autobusów stojących na pobliskim parkingu.

Zwiedzanie północnej części Islandii wiązało się z pogorszeniem warunków pogodowych – to właśnie tam trafiła nam się nieszczęsna „przygoda” z poboczem. Było więcej śniegu, mocniejsze wiatry i niższe temperatury, przez co nie mogliśmy dojechać wszędzie tam, gdzie chcieliśmy. Z drugiej strony wiązało się to z brakiem autokarów i mniejszą ilością turystów, co oznaczało, że oprócz nas w każdym z odwiedzanych przez nas miejsc maksymalnie kilka innych osób. Pierwszym punktem reprezentującym północ, do którego dotarliśmy, był Stokksnes, czyli cypel, na którym znajduje się plan filmowy reprezentujący wioskę wikingów, którą zbudowano w roku 2010 u podnóża góry Vestrahorn. Ostatecznie żadnego filmu tam nie nakręcono, teren planu porzucono, zaś natura zrobiła swoje, sprawiając, że całość w oddali naprawdę przypomina dawną, porzuconą wioskę wikingów.

Opuszczenie południa Islandii to był również moment, kiedy rozpoczęliśmy polowanie na zorzę polarną, gdyż na północy jest większa szansa na ich dostrzeżenie. Po paru wieczorach wypatrywania zieleni, siedząc na kempingu i obserwując aplikacje z prognozami zorz, na niebie w końcu zaczęliśmy dostrzegać nietypową, zielonkawą poświatę. Szybko zawinęliśmy się do busa, odjechaliśmy kilka kilometrów od kempingu i zatrzymaliśmy się na najciemniejszym fragmencie drogi, z dala od wszelkich świateł, gdzie udało nam się podziwiać te fantastyczne zjawisko i uwiecznić je na zdjęciach. Choć zorza polarna, którą „upolowaliśmy”, nie była nadmiernie intensywna, widok pływających po niebie zielonych, świetlistych obłoków i tak zapada w pamięć!

Po kąpieli w gorącej rzece na południu północna część minęła nam na dużo częstszym kontakcie z wodą. Najpierw skorzystaliśmy z miejskiego basenu, które znajdują się ponoć w każdej większej miejscowości – przy czym „większe” oznaczało w naszym przypadku mające około półtora tysiąca mieszkańców miasteczko Höfn, które odwiedzaliśmy, by zajechać do warsztatu w celu sprawdzenia zainstalowanego w busie Webasto, które z niewiadomych przyczyn potrafiło się samoczynnie wyłączać, co przy minusowych temperaturach w nocy było dużą niedogodnością. W basenach była oczywiście woda ze źródeł geotermalnych, oferując temperatury od dwudziestu paru stopni na basenie pływackim do prawie czterdziestu stopni celcjusza w jaccuzi, a wszystko to na otwartej przestrzeni. Odwiedziliśmy też lagunę Mývatn, która jest tańszym i mniej tłocznym odpowiednikiem Błękitnej Laguny. Jednak najlepsze miejsce, w którym dane nam było wskoczyć do wody, jest duża, otwarta wanna znajdująca się tuż przy drodze niedaleko miejscowości Djúpivogur. Samo ujrzenie tego po raz pierwszy powoduje chwilowe zawieszenie procesów myślowych – kto w ogóle mógł wpaść na taki pomysł?! Gdy się już do niej wejdzie, można odczuć fascynujący stan oderwania od rzeczywistości, w którym wszystko przestaje nagle mieć znaczenie – liczy się tylko hipnotyzujący krajobraz i błogie ciepło wody, którym chce się rozkoszować, nie zawracając sobie głowy innymi sprawami. Nawet zapach zgniłego jajka i zamarzające włosy nie są w stanie wybić z tego błogiego stanu.

Odwiedziliśmy też gorące źródło znajdujące się w jaskini Grjótagjá, jednak tam akurat nie pływaliśmy, ponieważ znajduje się ona blisko laguny Mývatn, którą odwiedzaliśmy, poza tym woda była naprawdę gorąca, osiągając prawie 50 stopni Celcjusza. W pobliżuj Mývatn znajduje się też bardzo charakterystyczny wulkan Hverfjall, na który próbowaliśmy dotrzeć, jednak nasz tabletowy poradnik pokazał nam drogę, która była naprawdę ciężka do przejechania – jeden błąd i bus utknąłby w śniegu, więc mimo szczerych chęci i starań ostatecznie poddałem się i musieliśmy się nacieszyć widokiem wulkanu z trasy. Zamiast tego odwiedziliśmy Dimmuborgir, czyli park pełen unikalnych lawowych formacji i kształtów, jak również pola termalne Namafjall, czyli przedsionek piekieł, gdzie z ziemi nieprzerwanie bucha gnijący siarką kłąb pary wodnej.

Jak już wspominałem, pogoda na północy bywała brutalna i bezwględna, dlatego też musieliśmy odpuścić chociażby odwiedzenie wodospadów Dettifoss i Selfoss i w zasadzie ostatnim punktem, jaki odwiedziliśmy, była plaża fok w północno-zachodniej części Islandii. W ten sposób, po dziewięciu dniach jazdy, zrobiliśmy pełne okrążenie po drodze krajowej numer 1 i wróciliśmy do Reykjaviku. Mając jeszcze półtorej doby w zanadrzu zastanawialiśmy się co robić, więc najpierw Jerzyk i Kasia skoczyli na jeden z basenów (ja w tym czasie bardziej potrzebowałem drzemki), po czym zdecydowaliśmy się ponownie obrać kurs na park narodowy Þingvellir, by ujrzeć to, co pominęliśmy za pierwszym razem w obawie przed niedoborem czasu. Niestety, ale pogoda w postaci silnych wiatrów po raz kolejny pokrzyżowała nasze plany i nie dość, że nie pozwoliła na zwiedzanie, to dodatkowo zmusiła nas do pozostania na kampingu do następnego poranka. Mieliśmy tylko nadzieję, że warunki do tego czasu zdążą się poprawić – słabo byłoby utknąć ostatniego dnia w środku zamieci.

Na szczęście poranek wyglądał jak z pocztówki, wiatr również zelżał, więc zaczęliśmy kierować się do Keflaviku. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Brimketill, czyli punkt widokowy na południe od Keflaviku słynący z silnych fal i ujście źródła geotermalnego Gunnuhver, po czym zajechaliśmy do naszej wypożyczalni, przepakowaliśmy się i zostaliśmy odwiezieni na lotnisko. Jak to zwykle bywa, byliśmy już zmęczeni podróżą – cały czas zmagaliśmy się z zimnem, wiatrem, śniegiem i lodem, żywiąc się głównie kanapkami i gorącymi kubkami. Z drugiej strony pozostał pewien niedosyt i jestem pewien, że zechcę odwiedzić Islandię po raz drugi, lecz tym razem w ciągu lata – wtedy biel wyparta jest przez zieleń, klimat jest znacznie łagodniejszy i bardziej przyjazny do podróży, dodatkowo otwiera się dostęp do centralnej wyżyny, czyli kolejnych ogromnych przestrzeni do eksploracji.

Cóż można dodać na koniec? Zdecydowanie polecam każdemu odbycie podobnej wyprawy. Wszelkie krajobrazy i widoki warte są wszystkich niedogodności z tym związanych. A dla tych, dla których zdjęcia to za mało – zapraszam do obejrzenia krótkiej wideopocztówki z naszej wyprawy.

1 dzień

Kategorie
Madera Podróże

Przysmaki Madery

Maderę uwielbiam z wielu powodów, a jednym z nich jest jej smak. W tym wpisie przybliżę to, co pod względem kulinarnym jest według mnie na tej wyspie najbardziej warte uwagi.

Już pierwszy wieczór na Maderze minął pod znakiem nowości, gdyż zostałem zabrany do jednego z lokalnych barów „Virtú’s Bar„, gdzie na dużego głoda zostało mi zarekomendowane Prego. Jest to swojska wariacja hamburgera, w której zamiast kotleta serwowany jest grillowany stek włożony wewnątrz regionalnego pieczywa Bolo do Caco, które przyrządza się na bazie mąki i batatów. Jest ono płaskie, okrągłe i najczęściej zaraz po wypieczeniu krojone na pół i smarowane wewnątrz masłem czosnkowym (choć można trafić też na warianty słodkie, wypełniane chociażby Nutellą). Prego Especial, które wybrałem, to wydanie wzbogacone o dodatkowe składniki, najczęściej o ser, szynkę, sałatę i pomidora. Jak to swojski hamburger, można go dostać w niemal każdym lokalu na wyspie w naprawdę dobrej cenie.

https://www.madeiramazing.com/wp-content/uploads/2018/07/prego-especial-madeira-steak-sandwich-1.jpg
Prego Especial. Źródło: madeiramazing.com

Drugi lokalny rarytas, jakim zostałem uraczony tego wieczoru, to również obecny w każdym barze drink Poncha, który jest tak samo dobry, jak mocny, zaś jego przygotowanie to będący gratką dla oczu mini-rytuał. Jego podstawą jest Aguardente (można przetłumaczyć na polski język jako ognista woda) – rum zawierający około 50% alkoholu wyrabiany z trzciny cukrowej (która niegdyś była „białym złotem” i głównym bogactwem Madery). Pozostałe główne składniki to miód i wyciśnięty sok z pomarańczy i cytryn. Wszystko to wlewa się do wysokiego dzbanka i pieczołowicie miesza specjalnie do tego przeznaczonym caralhinho, po czym rozlewa do małych kieliszków przypominających kieliszki do koniaku. W przypadku ponchy występuje wiele wariantów różniących się dodawanym sokiem – wśród turystów na przykład popularna jest poncha z dodatkiem soku z marakui, zaś wśród rybaków z Câmara de Lobos rządzi Poncha à Pescador – rybacka poncha, która składa się wyłącznie z aguardente i soku z cytryny, będąca (przynajmniej ich zdaniem) idealnym sposobem na ochronę przed przeziębieniem. Zwykle barach do ponchy (lub piwa) podaje się zagryzkę w postaci orzeszków lub łubina.

https://i.pinimg.com/600x315/2b/88/10/2b88106b63a9d377d7a2b28b23ff706e.jpg
Poncha oraz caralhinho. Źródło: pinterest.com

W tym miejscu czuję się w obowiązku przestrzec przed kupowaniem butelkowanej ponchy, którą można znaleźć w sklepach! Jest ona zwykle dość droga nawet w porównaniu z cenami w barach, lecz jej największym grzechem jest zmiana jej składu wynikająca z konieczności wydłużenia terminu do spożycia, co najczęściej oznacza porzucenie naturalnego soku z cytrusów na rzecz chociażby koncentratów i nierzadko dodaniu substancji konserwujących, które wpływają niekorzystnie na jej smak. Dlatego też jako alternatywę osobiście gorąco polecam kupić butelkę aguardente, by później samodzielnie przyrządzać ponchę według własnych preferencji względem proporcji i doboru owoców, zaś dokupując dodatkowo caralhinho możesz samodzielnie odtworzyć cały rytuał – zapewniam, że w ten sposób dużo bardziej zaintrygujesz tych, których będziesz nią częstował!

Wino Madera z winnicy Blandy’s.

Z alkoholu dostępnego w sklepach warto za to zainteresować się winem Madera. Jest to wino likierowe – w procesie produkcji dodaje się destylowanego alkoholu (zwykle spirytus z trzciny cukrowej) w celu przedłużenia procesu fermentacji, dzięki czemu kilkaset lat temu trunek ten mógł przetrwać wielotygodniowe podróże w statku na kontynent. Szybko odkryto, że tak „zabezpieczone” wino nie tylko dobrze znosiło długi czas transportu pod pokładem, gdzie panowały bardzo wysokie temperatury, a wręcz nabierało bogatszego smaku po dotarciu na miejsce. Obecny postęp technologiczny pozwala na przemieszczanie się na wodach dużo szybciej, więc warunki panujące pod pokładami statków imituje się obecnie w specjalnych pomieszczeniach zwanych estufas, w których utrzymuje się temperaturę w okolicach 30-40 stopni Celcjusza – taka, jaka panowała pod pokładami statków. Wszystko to sprawia, że wino z Madery nie jest zwykłym winem i serwuje się je raczej jako zwieńczenie posiłku – nawet wytrawne odmiany mają w sobie wyczuwalną słodycz, zaś zawartość alkoholu może niekiedy przekraczać nawet 20%. Na sklepowych półkach można znaleźć butelki z różnych „kategorii wiekowych” – od najpowszechniejszych trzyletnich do takich, które leżakowały w beczkach 20 lat. Jeszcze lepiej ma się sprawa, kiedy uda się na wycieczkę do jednej z tutejszych winiarni – znaleźć tam można nawet wino zakorkowane w XIX wieku!

https://broganabroad.com/wp-content/uploads/2019/06/Mercado-dos-Lavradores-Funchal-Madeira.jpg
Stoisko z owocami w Mercado Dos Lavradores. Źródło: broganabroad.com

Następne dni mijały na odkrywaniu kolejnych fantastycznych smaków, choć muszę przyznać, że to właśnie wspomniane wyżej prego i poncha stanowiły podstawę prawie każdego wyjścia na miasto. Do codziennych przysmaków mogę też dołożyć całą gamę marakui – owocu, który można określić wizytówką Madery. Występuje on na wyspie w wielu różnych odmianach i oprócz najpopularniejszej fioletowej można też znaleźć marakuję bananową, pomidorową, cytrynowa… ponoć wszystkich rodzajów tego owocu można znaleźć aż 28, choć osobiście udało mi się spotkać około 10 z nich. W każdym razie jest jej bez liku i jest składnikiem dużej części deserów czy słodkich dań serwowanych w restauracjach.

https://www.madeira-holidays.eu/wp-content/uploads/2013/09/delicious-fruit-madeira.jpg
Monstera. Źródło: madeira-holidays.eu

Dużą ciekawość wzbudza też anona, która wygląda jak przerośnięte, łuskowane jabłko, zaś miąższ wzbudza skojarzenia z gruszkowatym budyniem. Jeszcze więcej uwagi przyciąga monstera, zwana często banano-ananasem, która podobnie, jak anona, z wyglądu przypomina ogromnego banana z łuskami, w smaku zaś przypomina – a jakże! – kombinację ananasa z bananem. Najpowszechniejszym owocem Madery jest jednak banan, którego plantacje ciągną się niemal przez cały południowy brzeg. Nie są to jednak te same banany, które znaleźć można w polskich sklepach – na Maderze są one mniejsze i słodsze. Podobnie, jak marakuja, jest często obecny w różnych potrawach, z czego najciekawsza jest jego obecność na talerzu razem z….

https://www.thisismadeiraisland.com/wp-content/uploads/2019/01/anonas.jpg
Anona. Źródło: thisismadeiraisland.com

Espada Preta, czyli po naszemu Pałasz Atlantycki, to kolejny gastronomiczny symbol wyspy. Ta niezbyt urodziwa ryba nie jest zbyt łatwa do odłowienia – normalnie żyje na głębokościach w okolicach tysiąca metrów p.p.m. i dopiero w nocy, kiedy przychodzi pora na żer, wypływa na mniejsze głębokości, dając rybakom możliwość połowu. Po odpowiednim przygotowaniu jej mięso jest bardzo smaczne i delikatnie, niemal rozpływające się w ustach. Serwowana jest najczęściej w towarzystwie pieczonego banana, choć można też znaleźć ją z dodatkiem chociażby musu z marakui – w takim właśnie formacie miałem okazję jej spróbować w restuaracji Beira Mar w miejscowości Calheta i zdecydowanie polecam ją każdemu, kto będzie w tej okolicy, choć wiele innych jadłodajni i restauracji podaje ją w takiej odsłonie. Zdecydowanie warto chociaż raz posmakować tej ryby, gdyż powszechnie dostępna jest tylko na Maderze.

https://images.fineartamerica.com/images/artworkimages/mediumlarge/3/espada-preta-the-black-scabbard-fish-dave-williams.jpg
Espada preta. Źródło: fineartamerica.com

Oczywiście Espada, mimo swojej rangi, to zaledwie ułamek bogactwa, które mają do zaoferowania wody Madery. Ocean pełny jest przeróżnych odmian ryb i owoców morza i niemal zawsze ma się pewność, że to, co dostaniesz na talerzu będzie świeże. Na szczególną wzmiankę zasługują jednak lapas, czyli po naszemu skałoczepy – mięczaki podawane z roztopionym masłem i cytryną, które są często serwowane jako przystawka przed daniem właściwym. Innym popularnym daniem jest caldeirada, czyli zupa rybna, tej jednak nie zdarzyło mi się spróbować – nie jestem wielkim fanem zup, poza tym zawsze znalazło się coś brzmiącego smaczniej.

https://alchetron.com/cdn/espetada-3982d244-8791-4cae-9f43-fd4c55e0f6b-resize-750.jpeg
Espetada. Źródło: alchetron.com

Kolejna wizytówka kulinarna wyspy to Espetada. Nazwa nie jest związana z konkretnym daniem, lecz bardziej ze sposobem przyrządzania go i w wielkim skrócie jest to portugalska wariacja szaszłyka. Na Maderze są to najczęściej pokrojone w kostki i oprószone przyprawami (głównie kombinacją soli, pieprzu, liści laurowych i czosnku) pieczone kawałki mięsa wołowego, choć da się też znaleźć alternatywy w postaci kurczaka lub owoców morza. Zgodnie z tradycją mięso powinno być nadziane na patyk z drzewa laurowego, lecz z oczywistych względów w większości lokali stosuje się obecnie metalowe pręty, które można zawiesić na specjalnym stojaku, dzięki czemu łatwiej jest ściągnąć mięso na talerz, choć i tak trzeba do tego trochę wprawy – za pierwszym razem bałem się, że przewrócę całą konstrukcję albo wszystkie kostki wypadną mi za stół. Bezapelacyjnie najlepszym miejscem, by spróbować tego dania, jest restauracja Viola w Câmara de Lobos, która w zasadzie nic innego nie serwuje. Nie warto jednak wybierać się tam w weekend – wtedy lokal przejmują mieszkańcy wyspy i trzeba liczyć się z baaardzo długimi kolejkami.

https://ncultura.pt/wp-content/uploads/2020/03/Bolo-de-mel-da-Madeira.jpg
Bolo de mel. Źródło: ncultura.pt

Madera słynęła niegdyś z upraw trzciny cukrowej, nie powinno więc dziwić, że po uzyskaniu „białego złota” w postaci cukru znaleziono sposób na to, by wykorzystać powstałą w procesie rafinacji melasę. To właśnie ona jest głównym składnikiem tradycyjnego ciasta bolo de mel, które w smaku i wyglądzie jest bardzo podobne do naszego piernika z dodatkiem orzechów i rodzynek. Inny popularny deser, idealny do kawy to chociażby pastel de nata, czyli budyniowe babeczki z ciasta francuskiego. Oczywiście istnieje też cała gama ciast z dodatkiem marakui czy bananów.

https://portugalinews.eu/wp-content/uploads/2018/11/pasteldenata.jpg
Pastel de nata. Źródło: portugalinews.eu

Na specjalną wzmiankę zasługuje również Dolina Zakonnic, która oprócz niepodważalnego piękna ma do zaoferowania również swoją kulinarną specjalność – kasztana jadalnego. Można odnieść wrażenie, że jest on serwowany w każdej formie, począwszy od samych prażonych kasztanów, przez kasztanowe wariacje popularnych deserów, jak kasztanowe pastel de nata czy queijadas – bułki z serem (oraz kasztanem oczywiście!), na likierze z kasztana kończąc.

Z pewnością nie wymieniłem w tym tekście wszystkich specjałów Madery, jednak wymienione wyżej rzeczy najbardziej kojarzą mi się z tą wyspą. Ach, jak bardzo chciałbym tego wszystkiego spróbować ponownie!

60 dni

Kategorie
Majorka Podróże

Magiczna Majorka

Jeśli zrobić sondę uliczną z pytaniem „na którą wyspę Hiszpanii chce pan/pani się wybrać?”, z pewnością wśród najczęstszych odpowiedzi będzie Majorka. Nie ma w tym nic dziwnego – ta największa wyspa Balearów ma do zaoferowania tak wiele, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie!

Majorka to mająca 3640 km² powierzchni wyspa pełna miejsc do odwiedzenia. Spędziłem na niej 7 miesięcy, a mimo to wciąż znajdują się miejsca i zakamarki, do których w tym czasie nie udało mi się dotrzeć, dlatego też jeden tygodniowy wypad to zdecydowanie za krótko, by móc w pełni skorzystać z tego, co ma do zaoferowania. Jak już wspomniałem, każdy znajdzie coś dla siebie, bez względu na to, w jaki sposób lubi spędzać czas.

Plaża w Sa Calobra

Historycznie Majorka to miejsce, o które często toczono batalie. Pierwsi zamieszkali tutaj Fenicjanie, później między innymi Grecy, Rzymianie, Wandale, Arabowie, by ostatecznie w XIII wieku w wyniku rekonkwisty trafić w panowanie ludów Aragonii, która obecnie jest częścią królestwa Hiszpanii. Sprawiło to, że język kataloński jest jednym z języków urzędowych i stanowi ważną część tożsamości majorkańczyków. To dlatego często trafić można na niehiszpańskie nazwy takie, jak Puig Major, najwyższy punkt wyspy o wysokości 1445 m.n.p.m. czy Nit de Foc, czyli noc ognia. Jakby tego było mało, wyspa ta była często celem pirackich podbojów, przez co duża część miejscowości była zakładana kilka-kilkanaście kilometrów za linią brzegową w celu uniknięcia lub przygotowania się do ich ewentualnych ataków. Z tego powodu można trafić na wiele miejscowości, które mają swoje nadbrzeżne odpowiedniki, na przykład Alcúdia i Port d’Alcúdia, Pollença i Port de Pollença i tak dalej. Warto też wspomnieć, iż w latach 1838-1839 w miejscowości Valldemossa gościł Fryderyk Chopin wspólnie ze swoją „przyjaciółką” George Sand. W miejscowości tej można odwiedzić muzeum poświęcone polskiemu kompozytorowi.

Serra de Tramuntana

Obecnie mówiąc o Majorce pod kątem turystycznym można ją podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to długie na 90 kilometrów pasmo górskie Serra de Tramuntana znajdujące się w północnej i północno-zachodniej części wyspy. Jest to główny kierunek wycieczek ze względu na przepiękne krajobrazy i pełne uroków miasteczka, wśród których najpopularniejsze to wspomniana wcześniej Valldemossa, ale również Port de Soller czy Deia. Każde z nich ma wspaniale zachowaną zabytkową architekturę, dodatkowo jedną z atrakcji jest połączenie tramwajowe między Soller a Port de Soller, które pozwala przemieszczać się między tymi miejscowościami w kolejkach rodem z początku XX wieku, mijając po drodze ogrody cytrusowe, które aż kuszą pięknymi i aromatycznymi owocami pomarańczy czy cytryny, które często są na wyciągnięcie ręki pasażerów. Serra de Tramuntana to również zapierające dech w piersiach trasy, nie tylko ze względu na wspaniałe widoki, lecz bardziej przez mocno pokręcone drogi, szczególnie fragment prowadzący do miejscowości Sa Calobra. Aby tam dotrzeć, trzeba przejechać przez tak zwany „Węzeł Krawata” (z hiszp. Nudo de la Corbata), czyli mający ponad 300 stopni zakręt. Zwieńczeniem górskich krajobrazów jest Cap de Formentor i znajdująca się tam latarnia morska, z której przy dobrych warunkach można dostrzec sąsiednią wyspę Minorkę, zaś po drodze do niej wypatrzeć kozę jedną bądź jeden tuzin.

Plaża w Cala Mesquida

Wschód wyspy to kraina urokliwych zatoczek, w których skrywają się piękne plaże. Jest ich naprawdę cała masa – przez ponad pół roku udało mi się odwiedzić mniej niż połowę z nich. Większość z nich jest raczej łatwo dostępna, do innych trzeba się dostać zostawiając samochód parę kilometrów od brzegu. Te większe i popularniejsze są chętnie odwiedzane przez przyjezdnych, na mniejsze zaś często wybierają się mieszkańcy wyspy szukający odpoczynku z dala od turystycznego zgiełku. W tej części wyspy znajdują się również naprawdę interesujące jaskinie, z czego dwie najpopularniejsze to Coves del Drach, czyli Smocze Jaskinie oraz Coves dels Hams, czyli Jaskinie Haczyków. Pierwsza z nich wzięła swoją nazwę od legendy głoszącej, iż znajdują się w niej ogromne skarby, jednak nikomu nie udało się ich zdobyć i wrócić żywo z powodu strzegącego ich smoka, druga zaś nazwę wzięła od bardzo nietypowych kształtów stalaktytów i stalagnatów, które w wielu miejscach zawijają do góry na kształt haczyków. Obydwie jaskinie skrywają podziemne jeziora, z czego w Jaskini Smoka znajduje się jedno z największych podziemnych jezior na świecie. Osobiście polecam również odwiedzić Coves d’Arta – bez jeziora, bez haczyków, bez smoka, ale przez swoje ogromne przestrzenie, pobudzające wyobraźnię formacje skalne i efekty dźwiękowe i świetlne, zrobiły na mnie największe wrażenie.

Cala Figuera

Na południu najważniejszym miejscem jest aktualna stolica wyspy, czyli Palma de Mallorca. Jest to największe miasto na Majorce, gdzie mieszka ponad 400 tysięcy osób. Znaleźć można tutaj w zasadzie wszystko – duże galerie handlowe, kina, teatry, kluby, port, lotnisko. To, co jednak najbardziej przyciąga przyjezdnych, to stare miasto, gdzie znaleźć można najwięcej zabytkowych budowli, z katedrą La Seu na czele. Ta zbudowana tuż przy brzegu świątynia robi niesamowite wrażenie z zewnątrz, jednak jeszcze większy zachwyt wzbudza od środka – wnętrze to między innymi wysoka na 44 metry wysokość sklepienia, co czyni ją jedną z najwyższych na świecie, jak również witrażowe rozety, które przy odpowiedniej porze dnia i roku rozświetlają całe wnętrze gamą świateł.

Katedra La Seu. Źródło: mallorca.com

Palma de Mallorca to nie jedyna miejscowość zachwycająca zabytkową architekturą – w zasadzie każda większa miejscowość posiada przynajmniej kilka takich uliczek połączonych placem bądź skwerem, niektóre zaś niemal w całości zachowały swój dawny układ i urok, będąc jedynie zaadaptowanymi do współczesnych potrzeb mieszkańców. Szczególnie w pamięci zapadła mi pod tym względem Valldemossa oraz Artà. W tej drugiej miejscowości warto wspiąć się na wzgórze, gdzie znajduje się sanktuarium Sans Salvador – z tego miejsca rozciąga się widok na całą miejscowość. Fani sportu powinni też odwiedzić Manacor, skąd pochodzi Rafael Nadal i gdzie znajduje się jego muzeum. Mając do dyspozycji więcej czasu warto też pomyśleć o dopłynięciu do dwóch mniejszych, sąsiadujących z Majorką wysepek – Sa Cabrera i Sa Dragonera. Każda z nich to rezerwat przyrody, dający możliwość kontaktu z naturą, a na Sa Dragonera z niezliczoną ilością jaszczurek.

Valldemossa

Warto jeszcze wspomnieć, że Majorka oferuje też co nieco dla żądnych spędzania czasu w trybie sportowym. Jednym z głównych wydarzeń sportowych jest Ironman, czyli intensywny triathlon. Fani sportów wodnych powinni kierować swoją uwagę na Port de Pollença – jest to główny spot do windsurfingu i kitesurfingu, zaś w sąsiednim Port d’Alcúdia znajduje się też wakepark. Z bardziej rekreacyjnych aktywności wyspa oferuje całą masę tras spacerowych, rowerowych czy trekkingowych.

Majorka to jeden z tych kierunków, który ma pełne spektrum atrakcji i naprawdę ciężko jest mi pomyśleć o osobie, która mogłaby z tej wyspy wrócić niezadowolona. To, co opisałem, to zaledwie część atrakcji, które można tutaj znaleźć. Zdecydowanie warto odwiedzić największą wyspę Balearów!

94 dni

Kategorie
Lanzarote Podróże

Projektant Lanzarote – César Manrique

Lanzarote to wyspa bardzo malownicza nie tylko ze względu na wulkaniczne krajobrazy. Architektura każdego miasteczka oraz wiele atrakcji turystycznych mają wyjątkowy charakter dzięki pewnemu wyjątkowemu mieszkańcowi tej wyspy.

César Manrique, bo o nim będzie ten wpis, to jedna z tych postaci, która jest mocno powiązana z danym miejscem. Jest to postać na tyle istotna dla historii współczesnej Lanzarote i jej kształtu, że nie sposób opowiadać o tej wyspie bez chociażby jednokrotnego przywołania jego imienia i nazwiska.

Ten urodzony 24 kwietnia 1919 roku mieszkaniec Arrecife od zawsze fascynował się sztuką – na tyle mocno, że w 1945 opuścił rodzinną wyspę i wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych San Fernando w Madrycie, gdzie kształtował i rozwijał swój abstrakcyjny styl twórczości, mocno inspirowany dziełami Pabla Picasso czy Henriego Matissa. W roku 1964 przeprowadził się do Nowego Jorku, ówczesnego centrum sztuki, gdzie zyskał uznanie i rozgłos na tyle duży, by uzyskać grant od Nelsona Rockefellera na swoją dalszą twórczość. To pozwoliło mu zostać w USA przez cztery lata, gdzie stworzył wiele dzieł sztukie, które wystawiane były między innymi do Catherine Viviano, jednej z bardziej prestiżowych galerii na świecie czy w muzeum Guggenheima.

źródło: centrodeartecanario.com

Do swojej rodzinnej wyspy wrócił w 1968 roku. Zauważywszy rosnące zainteresowanie turystów Wyspami Kanaryjskimi od razu zabrał się do działania, będąc jedną z głównych osób odpowiedzialnych za ostateczny wygląd najpopularniejszych miejsc odwiedzanych obecnie na wyspie, takich jak Jameos del Agua, punkt widokowy Mirador del Rio czy Park Narodowy Timanfaya. Te i wiele innych punktów turystycznych są wyjątkowe nie tylko ze względu na swój geologiczny charakter, ale także dlatego, ponieważ César Manrique był wielkim zwolennikiem ekologicznych rozwiązań i przeciwnikiem nadmiernej ingerencji człowieka w krajobraz jego rodzinnej wyspy. Uznał on, że natura stworzyła doskonałe dzieło „projektując” krajobraz Lanzarote i trzeba tworzyć architekturę, która będzie podkreślała piękno wyspy. Z tego względu wspomniane wyżej miejsca wręcz wtapiają się w otoczenie, zaś przy ich konstrukcji duży nacisk kładziono na to, by wykorzystać jak najwięcej elementów naturalnych, jak również materiałów stworzonych ludzką ręką, które w innym przypadku prawdopodobnie zalegałyby teraz na jakimś wysypisku śmieci.

Na tym jednak ambicje Césara się nie kończyły. Był on również wielkim przeciwnikiem niekontrolowanego rozwoju masowej turystyki i starał się nie dopuścić do tego, by wyspa została najeżona szpecącymi krajobraz banerami reklamowymi czy projektowanymi bez ładu i składu budynkami. Dążył on do tego, by miasteczka na Lanzarote zachowały swój tradycyjny kształt oraz wizerunek i ostatecznie dzięki jego działaniom na wyspie obowiązuje prawo budowlane pełne obostrzeń i wytycznych mających na celu zachowanie jednorodności architektury, z których najistotniejsze to możliwość budowania maksymalnie dwukondygnacyjnych budynków (z wyjątkiem Arrecife – tam budynki mogą mieć do czterech pięter) i zachowanie białego koloru elewacji oraz niebieskich, zielonych bądź brązowych okiennic. Prawo wydaje się surowe, ale dzięki temu każde miasteczko jest naprawdę urocze i malownicze. Oczywiście od tego prawa można znaleźć kilka odstępstw – na przykład Gran Hotel & Spa w Arrecife, 15-piętrowy hotel, który został zbudowany przed wprowadzeniem tych regulacji, górujący nad resztą stolicy.

Jedna z wielu „wiatrowych zabawek”. Źródło: aquaparklanzarote.es

Z tego właśnie względu César Manrique jest często nazywany architektem Lanzarote. Naprawdę trudno jest trafić na miejsce na tej wyspie, gdzie jego działalność nie odcisnęła jakiegoś piętna. Oprócz wspomnianych atrakcji i regulacji budowlanych warto dodać niezliczone rzeźby dekorujące ronda, z których według mnie najciekawsze są tak zwane wietrzne zabawki, czyli instalacje z elementami poruszającymi się pod wpływem wiatru.

Brał on też udział w projektowaniu prawdopodobnie najpopularniejszego „domu” na wyspie – LagOmar, bo tak nazywa się rezydencja, w której mieszkał egipski aktor i brydżysta Omar Sharif , została „wbudowana” wewnątrz wulkanicznej półki skalnej w typowym dla Manrique stylu architektonicznym. Nie było mu dane jednak gościć w niej zbyt długo, gdyż dosłownie kilka dni po wprowadzeniu się przegrał partię brydża, w której stawką była owa rezydencja. Aktora pokonał Sam Benady, brytyjski deweloper, który zbudował tę posiadłość i – o czym ponoć przegrany dowiedział się dopiero po skończeniu gry – sam nosił wtedy tytuł brydżowego mistrza Europy.

LagOmar. Źródło: lanzaroteguide.com

Działalność i twórczość Césara Manrique wykraczała poza Lanzarote – zaprojektował on wiele punktów widokowych na pozostałych Wyspach Kanaryjskich, jak chociażby Mirador Morro Velosa na Fuerteventurze czy Mirador de la Peña na El Hierro. Jest on również odpowiedzialny za wygląd Lago Martiánez na Teneryfie. Jego wietrzne zabawki można znaleźć na chyba każdej z Wysp Kanaryjskich. Miał też swoje trzy grosze w branży motoryzacyjnej – dostał od Seata możliwość pomalowania jednego z pierwszych modeli Ibizy, który był prezentowany na międzynarodowych targach motoryzacyjnych w Barcelonie w roku 1987, później podobną okazję dostał od BMW, otrzymując model 730i jako „płótno”. On również stworzył oficjalne logo Lanzarote oraz wypożyczalni samochodów Cicar, która ma w swojej flocie między innymi Seaty Ibiza i BMW 740i – z takimi samymi wzorami na karoserii, jakie wyszły spod ręki artysty dekady temu.

Seat Ibiza pomalowany przez Cesara Manrique

Niestety hisotria Césara Manrique nie miała szczęśliwego zakończenia – zginął 25 września 1992 w wypadku samochodowym, tuż obok jego domu w Tahiche. Ten został później przekształcony przez fundację Césara Manrique, którą założył w 1982 roku, w muzeum, zaś siedzibą samej fundacji został jego poprzedni dom znajdujący się w tej samej miejscowości, gdzie można znaleźć jego kolekcje dzieł sztuki, szkice czy niedokończone prace. Sama fundacja dalej funkcjonuje, stojąc na straży wizerunku wyspy zgodnego z wizją nieżyjącego już artysty.

Opowiadać o Lanzarote bez chociaż wzmianki o Césarze Manrique to jak nie opowiedzieć nic. Warto pamiętać o tym wizjonerskim twórcy i jego ogromnej miłości do wyspy, dzięki któremu Lanzarote jest tak piękna, spójna i unikalna.

146 dni