Nic nigdy nie jest na zawsze

Życie to ciągła jazda po nieznanej drodze. Czasami warunki do jazdy są idealne, bywają ostre zakręty, są też sytuacje, kiedy trzeba zawrócić albo obrać inny kierunek. Są momenty, kiedy podróżuje się samemu, często jednak ktoś nam w tej drodze towarzyszy. Choć dobrze mieć towarzystwo, każdy podąża do innego celu i prędzej czy później następuje moment, kiedy trzeba się rozdzielić.

Nie jestem w stanie zliczyć ile osób przewinęło się koło mnie przez moje całe dotychczasowe życie, ale z pewnością są to tysiące różnych ludzi – od szkolnych znajomości, przez współpracowników, towarzyszy treningów, na pani zza lady ze sklepu kończąc. Większość to chwilowe, przelotne znajomości, z częścią nawiązywały się jakieś głębsze relacje. Z tych wszystkich osób pozostało kilkadziesiąt, z którymi utrzymuję stały lub przynajmniej w miarę regularny kontakt, co oznacza, że te tysiące osób zeszły na dalszy plan lub wręcz odeszły w niepamięć. Mam też świadomość tego, że obecny stan rzeczy również prędzej czy później ulegnie zmianie i w międzyczasie pojawią się nowe osoby, które sprawią, że część z obecnych bliskich będzie musiało ustąpić im miejsca, zaś w tle przewijać się będą kolejne tysiące chwilowych znajomości. Nie ma po prostu możliwości, aby dla każdego z osobna mieć możliwość wygospodarować taką samą ilość czasu. Jest nawet hipoteza nazywana liczbą Dunbara, według której ludzki mózg jest w stanie zachować więzi społeczne z pewną maksymalną ilością osób (najczęściej przytaczana liczba to 150, choć sam autor, od którego nazwę wzięło całe pojęcie, najczęściej wspominał o 148 podkreślając, że jest to liczba mocno uśredniona i może się wahać) i nie da się na dłuższy okres przekroczyć tej liczby i prędzej czy później z kimś kontakt zacznie zanikać.

Zastanawiając się nad tym doszedłem do wniosku, że w zasadzie znaczną większość z poznanych w życiu osób dobrze wspominam i naprawdę fajnie by było, gdyby móc być z każdym na bieżąco, po czym dotarło do mnie, że tak naprawdę brakuje mi tylko niewielkiej części znajomości, które gdzieś przepadły, lecz niewiele można z tym zrobić. Pewnie, jakbym się trochę przyłożył, to dałoby się z paroma osobami odbudować dawne relacje, ale po pewnym czasie odnawianie znajomości może być trudniejsze, niż zupełnie nowa znajomość. W końcu każdy mniej lub bardziej się zmienia, pamięć jako niedoskonały mechanizm też odtwarza wizje danej osoby przez krzywe zwierciadło i nagle okazuje się, że w tym samym ciele może siedzieć zupełnie inny człowiek, niż ten, którego mamy ze wspomnień, więc nie tylko trzeba odkrywać tę osobę na nowo, ale również wymazać ze swojej głowy obrazy z przeszłości, czemu niejednokrotnie towarzyszy swego rodzaju dysonans poznawczy.

Bardzo lubię oglądać Matrixa, jest to jeden z moich ulubionych filmów, do którego wracam mniej więcej raz w roku. W trzeciej odsłonie serii przez cały seans przewija się stwierdzenie „wszystko, co ma początek, ma też koniec”. Z tego też powodu nie warto za wszelką cenę starać się kurczowo trzymać niektórych osób, miejsc czy zajęć. Każdy zna na pewno przynajmniej jedną osobę, która jedną decyzją w ciągu kilku dni przeniosła się do innego kraju, aby szukać swojej drogi do szczęścia, zostawiając za sobą wszystko. Co by nimi było, gdyby uwierzyły, że już na zawsze będą mieszkać w tym samym miejscu wykonując ten sam zawód i spotykając się ciągle z tymi samymi ludźmi? Czy tkwienie w miejscu i pogodzenie się z tym, że będąc kowalami swojego losu wykuliśmy już swoje przeznaczenie i niczego więcej nie należy od niego oczekiwać ma sens? Dla wielu perspektywa zmiany jest tak przeraźliwa, że starają się za wszelką cenę zachować status quo i porzucając jakiekolwiek próby przygotowania się na to, że kiedyś wiatr zawieje z innej strony. W końcu to, co jest znane, nieważne jak złe, jest zawsze z pozoru bezpieczniejsze, niż ryzyko płynące z rzucenia się w nieznane. Sęk w tym, że nie ma możliwości wiecznie trzymać się jednego stanu rzeczy i prędzej czy później jakaś zmiana nastąpi. Dlatego jestem zdania, że jako wspomniani wcześniej kowale powinniśmy cały czas kuć żelazo zwane przeznaczeniem, dopóki emanuje z nas żar.

Najgorszym momentem w oglądaniu wielosezonowych seriali czy wielotomowych książek jest ich skończenie, kiedy nagle trzeba rozstać się z poznanymi bohaterami i miejscami. Przez kilka chwil można odczuć poczucie żalu, że nie przeżyje się już z nimi żadnej przygody. Pozostaje tylko zachować wspomnienia i przygotować się na nowe, nieznane historie, sięgając kolejny tytuł. Z życiem jest podobnie, tylko odcinki i tomy są zwykle dłuższe.

393 dni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.