Kategorie
Birma Podróże Tajlandia

Tajlandia i Birma – (nie)krótka relacja (cz. 1)

Jak już zdążyłem się wcześniej pochwalić – pod koniec roku wybrałem się z grupką przyjaciół na trwającą łącznie 31 dni wyprawę do Tajlandii, która była na naszej liście od dawna, oraz leżącej obok Birmy, zahaczając przy okazji dwukrotnie o Pekin.

Była to wyprawa tak fascynująca, pełna niezapomnianych przeżyć, urzekających krajobrazów i zachwycającej architektury, że już teraz wiem, że nie będę w stanie przedstawić słowami choćby części emocji, jakie we mnie do teraz – ponad 3 tygodnie później – wciąż tkwią. Jest to doświadczenie, które z pewnością zechcę powtórzyć i które polecam zdecydowanie każdemu.

Była to też wyprawa intensywna. Momentami aż za bardzo. Już od pierwszych dni żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko miesiąc, dlatego będąc już na miejscu staraliśmy się wycisnąć z naszego pobytu jak najwięcej. Żeby dać do zrozumienia poziom naszego tempa, posłużę się kilkoma liczbami:

  • W trakcie całej podróży lecieliśmy samolotem 8 razy, z czego pięć z nich odbyło się w ciągu ostatnich 8 dni,
  • W sumie rezerwowaliśmy noclegi w 14 miejscach, głównie hostelach. Do tego dochodzą 4 nocne podróże autobusem, spanie na lotniskach, dworcu autobusowym i w klasztorze mnichów,
  • Według wskazań mojego zegarka pokonaliśmy na nogach ponad 450 kilometrów. Tylko w ciągu pięciu dni krokomierz wyliczył dystans krótszy, niż 10 kilometrów, w tym pierwszego i ostatniego dnia, kiedy to spędzaliśmy w samolocie każdorazowo ponad 8 godzin,
  • Odwiedziliśmy w sumie 12 miejscowości oraz okoliczne miejsca,
  • Zrobiłem w sumie 685 zdjęć i 1094 nagranń trwających w sumie 4 godziny i 40 minut.

Całą naszą wyprawę można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to zwiedzanie Tajlandi, gdzie skoncentrowaliśmy się na Bangkoku i północy kraju; druga to podróż przez Birmę i jej najważniejsze turystcznie miejsca; trzecia zaś to powrót do Tajlandii na kilka dni w celu zakosztowania rajskiego klimatu, jaki oferuje wyspa Koh Phi Phi. Każdy z tych trzech etapów był unikalny i dawał inne spektrum doświadczeń i nawet nie próbuję ocenić który z nich był najlepszy, bo jest to zwyczajnie niemożliwe.

Jak się to wszystko zaczęło?

Zacząć trzeba od tego, że na Tajlandię zapatrywaliśmy się już od kilku ładnych lat. Nie ma się co dziwić – jest to kierunek wychwalany przez niemal każdego, kto się tam wybrał, kuszący swym orientalnym charakterem. Dokładnego przebiegu wydarzeń teraz nie odtworzę, ale po prostu w trakcie dyskutowania na temat najbliższych planów wyjazdowych ktoś rzucił po raz wtóry Tajlandię, część osób zmotywowała się tak bardzo, że zaczęli szukać najlepszych cenowo połączeń lotniczych i okazało się, że trafiła się jedna ciekawa oferta – w dwie strony z Warszawy do Bangkoku, z trwającymi kilkanaście godzin przesiadkami w Pekinie na obydwu kierunkach, w terminie 15.11 – 16.12 liniami Air China za 1750 złotych. Postawieni przed tymi faktami nie mieliśmy wyjścia – rezerwujemy!

Decyzja została podjęta w okresie wakacyjnym, było więc dużo czasu, aby przemyśleć plan podróży, Już na wstępie zakładaliśmy rozbicie pobytu w Tajlandii na część podróżniczo-wycieczkową, w trakcie której mieliśmy skupiać się na eksploracji nowcyh miejsc i wakacyjno-rekreacyjną na wyspach, aby posmażyć się na słońcu i pomoczyć w cieplutkiej wodzie morskiej. W międzyczasie Dorota, która w zasadzie przejęła dowodzenie, zaproponowała uwzględnienie Birmy na naszej trasie. Długo nas nie trzeba było namawiać – kilka zdjęć znalezionych w Internecie w zupełności wystarczyło.

Przygotowania do wyjazdu

Przed wybraniem się w taką podróż warto się zawczasu odpowiednio do niej przygotować, aby na miejscu czekało na nas jak najmniej niespodzianek. Dobrze jest zacząć od zweryfikowania informacji dotyczących prawa wjazdowego w każdym z krajów. Na przykład nasza wizyta w Pekinie czy nie wymagała wcześniejszego aplikowania o wizę – można na miejscu uzyskać bezpłatnie 24 lub 144-godzinną „przepustkę” tranzytową, pozwalającą na opuszczenie lotniska. Z Tajlandią również było łatwo – tam bez wizy można przebywać przez trzydzieści dni.

Birma wymagała już od nas nieco więcej uwagi przed podróżą, gdyż wymagane jest najpierw wypełnienie wniosku o wizę turystyczną. Najwygodniej jest to zrobić przez stronę internetową nie wcześniej, niż trzy miesiące przed datą przybycia. Wymagane też jest wskazanie miejsca, z którego będzie się wkraczało na teren Birmy, więc spontaniczna wizyta raczej nie wchodzi w grę. Jest to istotne tym bardziej, że sugerowany czas oczekiwania na uzyskanie zgody wynosi do trzech dni, choć w naszym przypadku trwało to niecałą dobę. Oprócz tego wystarczy już tylko przygotować plik ze zdjęciem paszportowym oraz dokonać opłaty w wysokości 50 dolarów, by po paru dniach uzyskać na wskazany adres mailowy zgodę na otrzymanie wizy. Dokument ten trzeba okazać na wskazanym przejściu granicznym w ciągu 90 dni, dlatego też wcześniej nie ma w ogóle sensu wchodzić na tę stronę. Dokument ten trzeba okazać w formie fizycznej, gdyż w innym przypadku – jak mówi informacja na stronie – „może to spowodować opóźnienie w przekroczeniu granicy”. Moment przybicia pieczątki w paszporcie oznacza otrzymanie wizy turystycznej, która pozwala na przebywanie na terenie Birmy przez 28 dni.

Oprócz tego podjąłem decyzję o zaszczepieniu się przeciwko durowi brzusznemu i wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A. Jak się po czasie okazało, nie był to wystarczający zestaw. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mawia Bogusław Wołoszański. Wszyscy uzbroiliśmy się również w karty wielowalutowe – ja w Kantorze Alior Banku, reszta poprzez Revoluta. Dzięki temu nie musieliśmy brać ze sobą za wiele gotówki na zapas, gdyż dzięki tym kartom można płacić w sklepach i wypłacać z bankomatów po bardzo dobrych kursach w niemal każdej walucie. Gotówka przydała nam się tylko na pobyt w Chinach i na pierwsze chwile w Tajlandii i Birmie.

Pakowanie odbywało się w sposób raczej standardowy – trochę ubrań, ręcznik, mały śpiwór, podstawowe leki i kosmetyki, coś do przekąszenia, dokumenty. Warto rozważyć wzięcie ze sobą kremu z filtrem UV oraz środka na komary – co prawda można je dostać zarówno w Tajlandii, jak i w Birmie, ale tam kosztują trochę więcej. Dobrym pomysłem było też wzięcie kart do gry oraz głośnika Bluetooth, które umilały nam wieczory. Kamil zaś zabrał ze sobą drona, dzięki czemu mógł zrobić mnóstwo fajnych zdjęć i nagrań. Wszystko to do plecaka podróżnego, aby móc komfortowo przemieszczać się między kolejnymi miejscami. Jedynym niuansem były ubrania na czas pobytu w Pekinie – gdy w Tajlandii i Birmie temperatura trzymała się w okolicach trzydziestu stopni, w stolicy Chin było lekko na plusie, ale w Polsce było niewiele lepiej, więc nie stanowiło to dużego wyzwania.

Lecimy!

15 listopada o godzinie 13:10 wylecieliśmy z Warszawy, by po trwającym 8,5 godziny locie wylądować na lotnisku w Pekinie 16 listopada o godzinie 4:40 (w Pekinie jest siedem godzin wcześniej względem czasu polskiego). W cenie biletu mieliśmy możliwość nadania bagażu rejestrowanego, dzięki czemu nie musieliśmy przez cały pobyt nosić ze sobą wszystkich rzeczy. Sam lot był całkiem komfortowy – do dyspozycji mieliśmy kocyki i poduszki, przed każdym siedzeniem był wyświetlacz, na którym można było śledzić lot, pograć albo obejrzeć jakiś film, oprócz tego dostaliśmy dwa ciepłe posiłki.

Po wypełnieniu krótkiego formularza do wizy tranzytowej, zostawieniu odcisków palców i odstaniu w kolejkach byliśmy gotowi do ruszenia na Wielki Mur Chiński! Był tylko jeden szkopuł, który nam to przedsięwzięcie utrudnił. Szukając sposobów na dotarcie do Muiyntai – polecanego na wielu stronach fragmentu muru – trafiliśmy na informację o punkcie na lotnisku, gdzie istnieje możliwość wynajęcia kierowcy. Tyle tylko, że tego stanowiska nie udało nam się zlokalizować. Co prawda podszedł do nas jeden sympatyczny Chińczyk, który oferował takie rozwiązanie, ale jako, że za swoje usługi życzył sobie „delikatnie” więcej, niż wynikało to z informacji znalezionych w Internecie, podziękowaliśmy i szukaliśmy dalej. Bezowocnie. Dodatkowo nie mogliśmy za bardzo polegać na pomocy Chińczyków, gdyż ich poziom języka angielskiego ograniczał się do najbardziej podstawowych zwrotów, zaś dostęp do Internetu w Chinach jest bardzo utrudniony – lotniskowa sieć w naszym przypadku w zasadzie nie działała. Zresztą to by za wiele nie pomogło, gdyż Chiny mają swój własny Internet, a że żadne z nas nie pomyślało o zainstalowaniu VPNa w telefonie (w ogromnym skrócie jest to typ programu, który maskuje nasze połączenie internetowe), to i tak dużo byśmy nie zwojowali.

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy – nie ma co siedzieć na lotnisku, próbujemy alternatywy w postaci transferów z centrum miasta. Po przejażdzce kolejką Airport Express oraz metrem dotarliśmy do stacji Qianmen, gdzie znaleźliśmy autobus jadący do Badaling – położonego najbliżej Pekinu i jednocześnie najlepiej zachowanego fragmentu Wielkiego Muru. Oprócz nas siedzieli w autobusie sami Chińczycy, co nas delikatnie zastanowiło, ale nie na tyle, by się tym szczególnie przejąć. Zdziwienie nastąpiło, kiedy zaraz po ruszeniu na środku autobusu pojawiła się pani przewodniczka, która przez prawie całą podróż opowiadała coś po chińsku. Jeszcze większe zdziwienie przeżyliśmy, gdy pod koniec trasy podeszła do nas i z mocą translatora w telefonie wyjaśniła nam jak się na mur dostać, ile to kosztuje i o której godzinie odjeżdza autobus powrotny. Nie wiem, na ile podyktowane to było obawą, że gdzieś się pogubimy i przepadniemy, niemniej był to bardzo miły gest!

Gdy już dojechaliśmy, zgodnie z sugestiami naszej przewodniczki-opiekunki zakupiliśmy bilet na kolejkę linową i po odstaniu w kolejce w końcu trafiliśmy na Wielki Mur Chiński! Ujrzeć na własne oczy ten niekończący się pas to coś niesamowitego – niemal można uwierzyć, że naprawdę jest widoczny z kosmosu. Szybko jednak przyszła refleksja, że jest on bardzo… wąski! Nie wiem, czy to kolejny nieszczęśliwy element naszej chińskiej wycieczki, czy tak jest zawsze, ale trafiliśmy na całe tłumy Chińczyków. Było ich naprawdę sporo – mijanki i slalomy mieliśmy niemal dosłownie co krok. Co ciekawe, osoby o nie-chińskiej aparycji w trakcie naszej wizyty można było policzyć na palcach obydwu dłoni. Nie przeszkodziło nam to jednak w podziwianiu jednego z siedmiu nowych cudów świata!

Po spędzeniu niecałej godziny zjechaliśmy kolejką z muru i ruszyliśmy w podróż powrotną na lotnisko. Tam skorzystaliśmy z darmowego salonu tranzytowego, aby się trochę rozgrzać, odpocząć i przygotować do lotu do Bangkoku. Wystartowaliśmy o godzinie 19:55 i po pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy o północy w Bangkoku (kolejna zmiana czasu, tym razem tylko godzina do tyłu). Przejście przez kontrole i odebranie bagażu poszło bardzo sprawnie, więc szybko złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się do naszego hostelu, w którym mieliśmy spędzić trzy noce. Na nasze nieszczęście recepcjonista pojawił się dopiero po godzinie od naszego przybycia, kiedy to wrócił z drzemki, więc do naszego pokoju trafiliśmy dopiero po czwartej nad ranem, co oznacza, że dokładając czas na rozpakowanie się i prysznic do pierwszego porządnego snu położyliśmy się o godzinie piątej nad ranem, czyli 34 godziny od wylotu z Warszawy…

Tak wyglądały nasze pierwsze dni tej wyprawy. Jeżeli udało ci się dotrwać do końca – podziel się wrażeniami z lektury! Jeżeli zaś czujesz niedosyt lub wręcz przeciwnie – nie chciało ci się tego wszystkiego czytać, poniżej znajdziesz pierwszy odcinek relacji z podróży od Kamila.

346 dni

1 odpowiedź na “Tajlandia i Birma – (nie)krótka relacja (cz. 1)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *