Jak było w Bangoku? – (nie)krótka relacja (cz. 2)

Tajlandia to jeden z najpopularniejszych azjatyckich kierunków podróży w naszym kraju. Jest ku temu wiele powodów – odmienna kultura, fascynująca architektura, osobliwa kuchnia oraz (co dla wielu najważniejsze) fantastyczny klimat. Jak wyglądał nasz pobyt w tym kraju? Zacznijmy od stolicy.

Nasz pierwszy dzień w Bangkoku ciężko uznać za bardzo produktywny. Było paręnaście minut po godzinie 14, kiedy się wybudziłem, lecz wcale nie czułem się wyspany. Nie ma się co dziwić – oprócz wcześniejszych okoliczności snu nie ułatwiała klimatyzacja znajdująca się dosłownie nad moim łóżkiem, nie więcej niż pół metra od moich nóg. Włączyliśmy ją jak tylko dostaliśmy się do naszego pokoju, ponieważ nawet w późnych godzinach nocnych było bardzo duszno i gorąco. Miałem trochę problemów, żeby ustawić ją na takim poziomie, aby jednocześnie wprowadziła miłą atmosferę w pokoju i nie zmroziła mi nóg, dlatego parę razy miałem pobudki na dostrojenie temperatury. Wszystko to sprawiło, że choć na łóżko padłem po godzinie czwartej, to według zegarka spałem niecałe 6 godzin. Trochę mało, biorąc pod uwagę, że wcześniej prawie 6 razy więcej czasu spędziliśmy w podróży. Postanowiłem jednak zerwać się z łóżka wiedząc, że dalsze spanie pogorszy tylko sytuację, a przede wszystkim przedłuży okres jet laga.

Jakiś czas później, gdy reszta ekipy zdążyła już się obudzić i ogarnąć, ruszyliśmy w celu wymiany części pieniędzy na baty – walutę Tajlandii i na weekendowy targ Chatuchak. Tam zjedliśmy po raz pierwszy uliczne jedzenie w postaci pad thai, czyli jednego z najpopularniejszych (na pewno wśród turystów) dań z tego kraju. Było zarówno bardzo smaczne, jak i bardzo tanie (razem z wodą 80 batów, czyli jakieś 10 złotych).

Po napełnieniu żołądków pochodziliśmy trochę po targu. Moim celem było kupienie japonek, które co prawda kupiłem już przy pierwszym stoisku za 50 batów (6,50zł), jednak po kilkunastu minutach chodzenia w nich doszedłem ( ͡~ ͜ʖ ͡°) do wniosku, że gumowe paski nie sprawdzą się na dłuższe dystanse, dlatego też znalazłem japonki wykonane z lepszego materiału za 200 batów (25 złotych).

Po powrocie do hostelu i zostawieniu zakupów ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta. Na samym początku, przechodząc obok muzeum Siam, trafiliśmy na jakiś koncert, który zgromadził całkiem pokaźną grupę słuchaczy, skorzystaliśmy więc z okazji, aby podsłuchać jak brzmią tajskie piosenki i spróbować trochę lokalnych fastfoodów.

Dalej kierowaliśmy się w stronę Khao San – prawdopodobnie najgłośniejszej ulicy Bangkoku, przynajmniej w godzinach nocnych. Mnóstwo turystów, wymyślnych budek i stoisk, klubów i barów. Można tam udać się na imprezę, skoczyć na masaż czy zjeść smażone owady albo krokodyla z rożna, więc na brak wrażeń nie można narzekać. Było to chyba miejsce z największą ilością białoskórych turystów, jakie odwiedziliśmy w trakcie całego naszego wyjazdu. Nie zdecydowaliśmy się jednak tam zostać, ponieważ wciąż dawało nam się we znaki zmęczenie po podróży. Zamiast tego pospacerowaliśmy sobie jeszcze ulicami Bangkoku, które – w porównaniu do rozświetlonej neonami Khao San – świeciły po północy pustką.

To, co zdecydowanie rzuciło nam się w oczy, to ilość portretów przedstawiających członków rodziny królewskiej, głównie obecnego króla Tajlandii, Ramy X. Z ciekawości i chęci przekazania w tym wpisie czegoś więcej w tym temacie poszperałem trochę w Internecie i z pobieżnego przeglądania informacji wynika, że jest to pozostałość po poprzednim władcy. Rama IX był królem Tajlandii przez 70 lat (!!!) i był uznawany niemal za boga. Jego wizerunek to największa świętość – za pomazanie jego podobizny na banknocie grozi nawet więzienie! Głębsza analiza dowiodła jednak, że obecny władca ma wśród poddanych dużo gorszą reputację – ludziom nie podoba się jego rozwiązłość i ekscentryczny tryb życia. Ale nikt tego nie powie na głos, bo obraza majestatu jest surowo karana.

Koło godziny pierwszej wróciliśmy do hostelu, żeby stanąć do drugiej rundy w walce z jet lagiem. Mi poszło całkiem nieźle, gdyż zasnąłem w miarę bezproblemowo i dzięki doświadczeniu z poprzedniej nocy klimatyzacja chodziła tym razem idealnie, dzięki czemu w miarę szybko zasnąłem i na nogach byłem już przed godziną dziesiątą! Nie czekając na resztę grupy, która dalej spała, ruszyłem pozwiedzać trochę okolicę wokół hostelu. Nie było to trudne wyzwanie – co chwila można trafić na jakieś ciekawe miejsce, o świątyniach nie wspominając.

Gdy dostałem cynk, że reszta ekipy się obudziła, wróciłem do hostelu i wspólnie kontynuowaliśmy eksplorację Bangkoku. Zaczęliśmy od odwiedzenia Zlotego Buddy w Wat Mahathat, gdzie po raz pierwszy weszliśmy do świątyni. Mieliśmy wątpliwości co do krótkich spodenek męskiej części grupy, ale uprzejmy mnich wyjaśnił nam, że mężczyźni jak najbardziej mogą w nich wchodzić. Panie nogi muszą mieć zasłoniete, z wyjątkiem stóp – jest to reguła bezwględna, obowiązująca w każdej świątyni. Buty trzeba przed wejściem zdjąć.

Następnie ruszyliśmy do Wat Saket, znanej też jako Złota Góra, czyli jednej z popularniejszych świątyń znajdujących się w Bangkoku, która wzniesiona została na 79-metrowym kopcu. Wejście na szczyt prowadzą przez 344 schody. Z góry rozpościera się fantastyczna panorama miasta, więc warto zadać sobie trochę trudu, aby dostać się na samą górę. Wtedy też zniszczyły się moje japonki #2, więc resztę dnia przechodziłem w popsutym obuwiu.

Ostatnim punktem było odwiedzenie Wat Pho, czyli jednego z największych kompleksów świątyń w Bangkoku, w którym głównym punktem jest posąg Leżącego Buddy. Jest to ogromna figura – ma 46 metrów długości i 15 metrów wysokości! Sprawia on naprawdę niesamowite wrażenie – żeby w ogóle być w stanie objąć go wzrokiem, trzeba stanąć przy głowie albo przy stopach. Jako, iż do Wat Pho weszliśmy wieczorową porą, zobaczyliśmy cały obiekt podświetlony, co dawało dodatkowe wrażenia ze zwiedzania.

Ostatni dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Wielkiego Pałacu Królewskiego. Trudności pojawiły się już przed wejściem do niego – co jakiś czas zaczepiali nas lokalni naganiacze, sugerujący, że powinniśmy skorzystać z ich pomocy, żeby się do obiektu dostać. Później trafiliśmy na chińską wycieczkę, za którą podążaliśmy, lecz jak się okazało później, byli już po zwiedzaniu i kierowali się do autokarów. W międzyczasie musieliśmy dokonać modyfikacji strojów – w Pałacu obowiązują dość restrykcyjne zasady ubioru, zakazujące chociażby wchodzenia w krótkich spodenkach. W końcu udało nam się znaleźć właściwe wejście. Jeszcze tylko opłata 500 batów (około 60 złotych) i byliśmy w środku.

Na miejscu jest okazja odwiedzić kompleks świątyń z Wat Phra Kaew na czele, gdzie znajduje się Szmaragdowy Budda. Oczywiście ważny jest też sam pałac, który nie jest w pełni dostępny dla turystów, jednak nawet to, co jest udostępnione, wprawia w zachwyt. Po raz kolejny zabudowa była wręcz momentami przytłaczająca od nagromadzenia jaskrawych zdobień i świecidełek, obecnych na niemal każdym budynku. Zdecydowanie dało się odczuć, że jest to jedno z najważniejszych miejsc w Bangkoku.

Wracając do hostelu dosłownie zahaczyliśmy o Chinatown, gdyż brakowało nam powoli czasu, ale nawet przez te kilkanaście minut dało się odczuć, że jesteśmy w trochę innym miejscu. Dalej był hostel, metro, pociąg i lotnisko – czekał nas lot do Chiang Mai.

Tak w wielkim skrócie wyglądał nasz pobyt w Bangkoku. Przyznaję szczerze – ciężko mi się pisze tak, aby z jednej strony przekazać jak najwięcej, a z drugiej nie przeładować tekstu informacjami. Dlatego wszelkie uwagi są tym bardziej cenne – czego powinno być więcej, co poprawić, co odpuścić itd. Na koniec drugi odcinek relacji z wyprawy od Kamila!

335 dni

1 komentarz

  1. Odpowiedz

    Super, jak będą do tego filmiki to będzie idealnie.

Pozostaw odpowiedź hvala.pl Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.