Kategorie
Podróże Tajlandia

Północ Tajlandii – (nie)krótka relacja (cz. 3)

Opuszczając Bangkok dolecieliśmy do Chiang Mai, leżącego w północnej części Tajlandii. Można rzec, że trafiliśmy z ogromnej, wielkomiejskiej stolicy do małego, prowincjonalnego miasteczka.

W międzyczasie dołączyła do nas świeżo upieczona para małżeńska – Dominik i Agnieszka, więc nasz skład powiększył się tymczasowo do 6 osób. Zakwaterowaliśmy się w dość osobliwym miejscu, które nosi nazwę Tiger House. Jest to po prostu jednopokojowy hostel, w którym znajduje się 6 łóżek piętrowych. Cena całkiem atrakcyjna – kosztowało nas to w okolicach 12 złotych za noc od osoby. Sam właściciel, który przedstawił się nam jako… Tiger, to bardzo sympatyczny i pomocny człowiek, lubiący sobie też czasem pożartować.

W międzyczasie przypomniał się głód, więc ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś jedzenia. W ten sposób trafiliśmy na plac, który wieczorami jest gastronomicznym centrum Chiang Mai. To znaczy, gdy trafiliśmy tam po raz pierwszy, czyli przed północą, niemal wszyscy już się zwijali, ale trafiliśmy na jedną budkę, w której mogliśmy jeszcze coś zamówić. Jedzenie było fantastyczne i naprawdę tanie – za pełny talerz ryżu z wołowiną i warzywami zapłaciłem 50 batów, czyli jakieś 6 złotych!

Po napełnieniu żołądków pospacerowaliśmy jeszcze trochę po okolicy, gdzie udało się znaleźć między innymi 7-Eleven. Tam moim oczom ukazały się japonki #3, które wyglądały na solidniejsze, niż te, które zniszczyły się w Bangkoku, więc postanowiłem dać im szansę, płacąc 250 batów (30 złotych).

Następnego ranka znowu obudziłem się jako pierwszy, więc postanowiłem wykorzystać sytuację, żeby spróbować odnaleźć swoje okulary, które – jak się okazało – z dużym prawdopodobieństwem zostawiłem w samolocie. Zwróciłem się do Tigera po radę, ten zaś zaproponował mi, aby wziął jego rower i podjechał na lotnisko. Udało się dotrzeć w jednym kawałku, okulary znalazły się, a pora wciąż była wczesna, więc postanowiłem wykorzystać trochę okazję i korzystając z użyczonego roweru pobłądzić mniejszymi uliczkami Chiang Mai.

Reszta ekipy wciąż spała, więc oddałem rower i udałem się na plac, który odwiedzaliśmy w nocy, żeby sprawdzić co dzieje się tam za dnia. Trafiłem na lokalny market, w którym można było dostać całą gamę produktów, głównie gastronomicznych. Warzywa, owoce, zioła, przyprawy, mięso… wszystko to leżało luzem w trzydziestostopniowym skwarze. Gdyby wpuścić tam kontrolerów z sanepidu, to albo uciekaliby w popłochu, albo zrównali całą okolicę z ziemią.

Gdy już wszyscy byli wybudzeni, zwarci i gotowi, ruszyliśmy na zwiedzanie Chiang Mai. Zaczęliśmy od Wat Sri Suphan, znanej też jako Srebrna Świątynia. Dekoracje wewnątrz niej robiły naprawdę spore wrażenie – można tam znaleźć mnóstwo szczegółowo wykonanych symboli religijnych i kulturowych, zaś same schody są wykonane tak, jak gdyby chodziło się po niebiańskich obłokach. Niestety, kobieca część grupy nie była w stanie podziwiać jej od środka, gdyż wstęp do niej zarezerwowany jest wyłącznie dla mężczyzn.

Następnie trochę czasu spędziliśmy na terenie Wat Chet Lin, gdzie znajduje się bardzo urokliwy plac ze stawikiem i drewnianym mostkiem prowadzącym do klasztoru mnichów. Trzecia i ostatnia świątyni tego dnia to Wat Chedi Luang. Za obecnie funkcjonującą świątynią znajduje się wyglądający spektakularnie obiekt, który jest rekonstrukcją chedi zniszczonego w 1545 roku z powodu trzęsienia ziemi.

Gdy już nastał zmrok, postanowiliśmy udać się na kolację do miejsca, które zarekomendowała nam napotkana w Srebrnej Świątyni Tajka. W tym celu po raz pierwszy przejechaliśmy się tuk tukiem, czyli najpopularniejszym pojazdem do świadczenia usług taksówkarskich. Na miejscu okazało się, że jest to restauracja dość oblegana – przed wejściem czekało kilkanaście osób, które były wpuszczane na podstawie kolejności zrobienia rezerwacji dokonanej za pomocą aplikacji. Jedzenie było całkiem dobre (choć nie wszystkim wszystko smakowało) i estetycznie podane, za co musieliśmy trochę dopłacić. Dość rzec, że za tę kwotę cała nasza szóstka mogłaby się stołować w mniejszych, bardziej „lokalnych” budkach niemal trzy razy.

Kolejnego ranka mieliśmy jechać na wycieczkę do Chiang Rai. Już prawie się usadziliśmy wygodnie w autobusie, gdy powstało zamieszanie z powodu zdublowanych rezerwacji miejsc. Po szybkiej analizie sytuacji przez kontrolera biletów okazało się, że naszą rezerwację zrobiłem na dwa dni później… Po krótkiej burzy mózgów (która nie była zbyt intensywna – była ósma rano, kiedy dzień wcześniej większość budziła się dopiero przed południem, więc wspomniane mózgi dopiero się budziły) i małych poszukiwaniach po dworcu udało się znaleźć alternatywę w postaci wycieczki do Pai – znalazł się busik z idealną ilością miejsc wolnych, który ruszał w ciągu kilku minut. Szczęście w nieszczęściu!

Gdy już dojechaliśmy do Pai, napełniliśmy żołądki i zweryfikowaliśmy warte odwiedzenia miejsca, ruszyliśmy pieszo w kierunku Białego Buddy. Nie zdecydowaliśmy się na skuter, których wypożyczalni było na pęczki, ponieważ albo chcieli pod zastaw brać nasze paszporty albo wymagali międzynarodowego prawa jazdy, którego nie posiadaliśmy. Sama droga zajęła nam nieco czasu – musieliśmy przemierzyć kilka kilometrów, w tym dużą część trasy idąc pod górkę w pełnym słońcu. Mimo to warto było podjąć ten wysiłek, gdyż zarówno sam Budda, jak i krajobraz wokół robi niesamowite wrażenie!

Później postanowiliśmy się wybrać trochę poza tereny zurbanizowane, co by pooglądać pola ryżowe. MapsMe kierowało nas do jakiegoś ciekawie zapowiadającego się punktu, do którego jednak nigdy nie dotarliśmy, gdyż trafiliśmy na rzeczkę, przez którą miał prowadzić mostek, którego nie było… To nic, i tak zobaczyliśmy kawałek wiejskiego, urokliwego krajobrazu, który można byłoby namalować albo umieścić jako tapetę na komputerze. Tylko pola uprawne, co jakiś czas gospodarstwo i jedna świątynia.

Więcej w Pai nie zobaczyliśmy, bo musieliśmy wcześniej wrócić na bus powrotny. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia wybraliśmy się na plac, który odwiedziliśmy pierwszej nocy w Chiang Mai, który był wieczorem pełen ludzi, plastikowych stolików i krzesełek oraz stoisk z jedzeniem. Wybór był ogromny i każdy znajdzie tam coś dla siebie – od dań z ryżem czy makaronem serwowanych na talerzach, przez szaszłyki, na naleśnikach kończąc. Do picia herbata, która stała w termosie na każdym ze stolików, napoje gazowane albo cała gama smoothie owocowych. Wszystko to w cenach wręcz śmiesznie niskich!

Kolejny dzień, kolejna wyprawa! Tym razem wybraliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem po najciekawszych miejscach w pobliżu Chiang Mai. Pierwszym punktem wycieczki był wodospad Wachirathan, którego wysokość sięga 80 metrów. Zarówno sam wodospad, jak i ciągnący się dalej potok jest naprawdę bardzo ciekawym punktem, aby spędzić trochę czasu z naturą.

Następnie wjechaliśmy na Doi Inthanon, czyli najwyższy szczyt Tajlandii, leżący na wysokości 2565 metrów n.p.m. Zmiana otoczenia była przede wszystkim odczuwalna w temperaturze, która spadła do kilkunastu stopni w czasie, gdy niżej było bliżej trzydziestu. Tam przespacerowaliśmy się jednym ze szlaków, którego obejście zajęło nam kilkadziesiąt minut. Dowiedzieliśmy się na przykład, że małpy, które wcześniej były tam stałymi bywalcami, w ciągu dnia unikają tego typu miejsc z obawy przed ludźmi, którzy nie zawsze mają wobec nich dobre intencje.

Kolejnym punktem były dwie pagody, jedna dla króla, druga dla królowej, które zostały wybudowane dla uczczenia sześćdziesiątych urodzin królewskiej pary. Obydwie bardzo pięknie prezentują się zarówno z zewnątrz, jak i w środku, jednak to, co najbardziej przykuło moją uwagę, to ogród przy pagodzie królowej oraz widok na dolinę z punktu widokowego.

Do następnego miejsca musieliśmy dojechać około dwóch godzin. Gdy już tam dotarliśmy, najpierw zjedliśmy obiad – ryż z warzywami i jajkiem sadzonym zawinięty w liść palmy. Następnie nadszedł czas dokarmić słonie! Mieliśmy lekkie obawy co do odwiedzenia tego miejsca z powodu informacji o złym traktowaniu słoni w „sanktuariach„, ale na miejscu okazało się, że niepotrzebnie – przyszły do nas dwa słonie, które wyraźnie były nauczone pewnych rzeczy, ale nie były też zbyt zdyscyplinowane – podjadały z koszy, jeden z nich nie miał ochoty na kąpiel w rzece, więc sobie po prostu poszedł, nie było też żadnych sztuczek czy jeżdzenia na nich. Nie widać też było nigdzie śladów ran powodowanych przez pejcze, których używa się do tresury. Ot, takie trochę udomowione słonie, które przyzwyczajone są do ludzi. Warto na to zwracać uwagę, kiedy chcecie wybrać się do jednego z tego typu miejsc – im więcej ktoś ci obiecuje w takich miejscach, tym więcej słonie muszą wycierpieć, by to zrobić. Pokaz sztuczek czy jazda na słoniu może brzmi i wygląda fajnie, ale dla już niekoniecznie jest to frajda.

Ostatnim punktem wycieczki był spływ tratwami po rzece który trwał około godziny i był całkiem ciekawym doświadczeniem. Niestety, ale to, co rzucało się w oczy oprócz przyrody, to sterty śmieci leżące tu i ówdzie na naszej trasie. Gdy wróciliśmy do Chiang Mai, postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować po mieście, wciągnąć kolację i iść spać – przed nami kolejna podróż!

Tym razem nastał dzień wyjazdu do Chiang Rai . Najważniejszym celem podróży była Biała Świątynia – najbardziej charakterystyczna, wyrazista i nietypowa miejscówka, którą odwiedziliśmy w Tajlandii. Wszystko za sprawą jej koloru – jej nazwa to nie przypadek, naprawdę jest cała biała! To, co można znaleźć na terenie współnależącym do Wat Rong Khun (bo tak ona naprawdę się nazywa), również zaskakuje. Na przykład na drzewach można znaleźć wiszące głowy znanych postaci ze świata rozrywki, jest też muzeum poświęcone Ganeśi, bogowi pomyślności pod postacią człowieka z głową słonia.

Jako, iż zostało nam jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy się udać do drugiego ważnego punktu w Chiang Rai, a mianowicie do Niebieskiej Świątyni. Po raz kolejny nazewnictwo wiernie oddaje to, czego można się spodziewać – niemal cała świątynia jest koloru niebieskiego, przeszywana czasem zdobieniami koloru niebieskiego. Niestety, ale zabrakło nam czasu na zwieńczenie kolorowej wycieczki i odwiedzenie Czarnego Domu, lecz nie oznaczało to końca naszego zwiedzania. W drodze powrotnej z Niebieskiej Świątyni, za namową dziewcząt, ruszyliśmy w kierunku placu, z którego dobiegała głośno muzyka. Na miejscu zastaliśmy boiska do sepak takraw – tak się nazywa połączenie siatkówki z piłką nożną. Obok boiska znajdowała się scena i kawałek placu, na którym odbywały się zajęcia z fitnessu. Faceci oglądali sport, dziewczyny trochę się pogibały, wszyscy byli zadowoleni. Na koniec pochodziliśmy jeszcze po nocnym markecie, który miał miejsce w centrum miasta. Mnóstwo stoisk, dobre jedzenie, rozstawiona scena, a przed sceną tańce i hulańce. Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu, gdzie spędziliśmy ostatnią noc przed podróżą do Birmy. Była to też ostatnia noc z Dominikiem i Agnieszką, więc kolejnego dnia nasz skład powrócił do stanu pierwotnego.

Północ Tajlandii to miejsce, które ma naprawdę mnóstwo do zaoferowania dla osób poszukujących nowych, ciekawych doświadczeń! Wszystko, co opisałem w tym i poprzednich wpisach, możecie też obejrzeć w mojej wideopocztówce!

328 dni

2 odpowiedzi na “Północ Tajlandii – (nie)krótka relacja (cz. 3)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *