Pierwsze dni w Birmie – (nie)krótka relacja (cz. 4)

Odwiedzenie Birmy po wizycie w Tajlandii było niczym wkroczenie w miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Kraj, który jest trawiony przez wojskową hegemonię i wewnętrzne konflikty, jednocześnie pełen pięknych, wyjątkowych krajobrazów. Ale po kolei.

Zanim w ogóle mieliśmy okazję pokonać przejście graniczne, musieliśmy dojechać z Chiang Rai do Mae Sot. Pech chciał, że nie zdążyliśmy w porę – granica jest bowiem otwarta między godziną szóstą raną a ósmą wieczorem. Nasz autobus dojechał na miejsce kilkanaście minut po dwudziestej, co oznaczało, że musieliśmy spędzić jedną noc więcej w Tajlandii. Po rozejrzeniu się po Mae Sot stwiedziliśmy, że poczekamy na otwarcie granicy na dworcu autobusowym. Rozłożyliśmy się więc na ławkach i poszliśmy spać (z wyjątkiem Kamila, który wziął na siebie rolę stróża nocnego).

Po wybudzeniu się po godzinie piątej szybko zebraliśmy swoje rzeczy i wsiedliśmy do tuk-tuka, który zawiózł nas na przejście graniczne. Po odczekaniu na miejscu około godziny i przejściu przez tajską kontrolę graniczną byliśmy już na łączącym obydwa pańśtwa Moście Przyjaźni, by za chwilę odbyć drugą taką kontrolę i ostatecznie znaleźć się w Birmie. Pierwsze kilka chwil były dla mnie dość surrealistycznym doświadczeniem – nagle znaleźliśmy się w miejscu, które wyglądało, jak z innego świata, z pobliskiej świątyni rozbrzmiewały recytowane wersty modlitwy, niemal wszyscy, w tym mężczyźni, nosili długie spódnice (nazywają się Longyi), prawie wszystkie kobiety i dzieci miały na twarzach jakiś bardzo rzucający się w oczy krem (czyli Tanakę), ulice były pełne charakterystycznych plam rdzawego koloru (od żucia betelu, czyli ich najpopularniejszej używki)… a wszystko to wczesnym porankiem, o wschodzie słońca.

Naszym celem było jak najszybsze wydostanie się z przygranicznej miejscowości Myawaddy do Hpa-An, gdzie mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi (z czego jeden z nich już nam przepadł z powodu zamknięcia granicy), aby złapać oddech i wskoczyć pod prysznic. Niestety nie było to zbyt łatwe zadanie – przy próbie wypłaty kyatów (waluta Birmy) bankomat wciągnął Dorocie kartę, więc spłoszeniu tym faktem, korzystając z rezerw Euro w gotówce, wymieniliśmy je przy jednym ze stoisk rozstawionych w jakiejś bocznej uliczce. Chcieliśmy się też zaopatrzyć w kartę SIM z dostępem do Internetu, ale ta również odmówiła nam posłuszeństwa, stwierdziliśmy więc, że spróbujemy w Hpa-An. Przyłączyliśmy się do trzyosobowej grupki, która akurat wsiadała do busa kursującego na trasie Myawaddy-HpaAn i ruszyliśmy w drogę. Trasa mająca około 130 kilometrów zajęła nam ponad 4 godziny ze względu na stan drogi – mniej więcej jedna trzecia dystansu to pełna kolein ubita ziemia, na której prędkość maksymalna, jaką dało radę rozwinąć, to niecałe 50 kilometrów na godzinę. Po drodze mijaliśmy też parę punktów kontrolnych, z czego raz musieliśmy pokazać swoje paszporty. Od razu można było poczuć, że jest to kraj, na którym wojsko trzyma rękę. To, co też nam się mocno rzuciło w oczy i uszy, to organizacja ruchu drogowego – a w zasadzie pozorny chaos. Każdy jechał jak chciał, nierzadko zdarzało się wyprzedzanie na trzeciego, klakson trąbił niemal bez przerwy. Mimo tego wszystkiego dało się po jakimś czasie w tym szaleństwie dostrzec harmonię.

Ostatecznie wczesnym popołudniem dojechaliśmy do naszej noclegowni. Od razu wskoczyliśmy pod prysznice, zjedliśmy i udaliśmy się na drzemkę. W międzyczasie okazało się, że wcięło mi gdzieś powerbanka oraz Kindla, najpewniej zostały na dworcu w Tajlandii, gdzie półprzytomny zapomniałem ich spakować… Po wybudzeniu się ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta, odwiedzając świątynię Hpar Mae Taung, skąd rozpościera się przepiękny widok na rzekę. Zdecydowanie jest tam jeden z najbardziej urokliwych krajobrazów na podziwianie zachodu słońca, na którym byliśmy. Następnie dotarliśmy na nocny market przy jeziorze Kan Thar Yar, gdzie posililiśmy się lokalnymi daniami. Jedzenie okazało się jeszcze tańsze, niż w Tajlandii. Jako, iż już była noc, a nie byliśmy jeszcze do końca oswojeni z realiami Birmy, zdecydowaliśmy się na powrót taksówką (czyli motorem z wbudowaną naczepką) i w hotelu nabrać sił przed kolejnymi dniami.

Następnego poranka zdecydowaliśmy się na pozwiedzanie kilku punktów znajdujących się wokół Hpa-An. W tym celu potrzebny nam był jakiś środek transportu, więc dogadaliśmy się z jednym z kierowców przerośniętego tuk-tuka (używając przede wszystkim MapsMe i intensywnych gestykulacji), że za cenę 32000 kyatów zrobi z nami trasę, która miała łącznie ponad 50 kilometrów, zajęła nam kilka godzin i obejmowała następujące przystanki:

Pagoda Kyaut Ka Latt

Świątynia, która zdecydowanie zrobiła na nas spore wrażenie, ponieważ wygląda jak wyjęta z jakiegoś filmu fantasy. Zbudowana na szczycie skały w kształcie maczugi, która to znajduje się na małej wysepce, ta zaś na małym jeziorku. Abstrakcja totalna. Niestety nie zostaliśmy wpuszczeni na sam szczyt, gdyż ta strefa zarezerwowana jest tylko do celów sakralnych. Ale to nic – sam widok z zewnątrz już robi naprawdę ogromne wrażenie.

Park Buddów / Ogród Lumbini

Kolejne fascynujące miejsce warte odwiedzenia, gdzie znajduje się dosłownie setki posągów Buddy, mające uzmysłowić, że Budda to nie jeden konkretny człowiek, lecz stan, który może osiągnąć każdy z nas. Ogród znajduje się u podnóża góry Zwegabin, na szczycie której (czyli na wysokości 722 m.n.p.m) znajduje się świątynia. Biorąc pod uwagę limit czasowy i temperaturę w okolicach 30 stopni Celcjusza – darowaliśmy sobie zdobywanie szczytu, choć dziewczyny podjęły próbę wspinaczki na punkt położony „jedynie” sto kilkadziesiąt metrów wyżej. Koszt wjazdu do tego ogrodu to 4000 kyatów za osobę.

Jaskinia Saddan

Chyba najciekawszy punkt wycieczki tego dnia, a na pewno dający największe spektrum doświadczeń. Tam bowiem wchodzi się do ogromnej jaskini, by odkryć znajdujący się wewnątrz długi na kilkanaście metrów posąg leżącego Buddy. To jednak dopiero początek zwiedzania! Obok posągu podąża około pół kilometra droga wgłąb jaskini prowadząca do drugiego wyjścia, z której można dotrzeć do mniejszej groty będącej (chyba) czymś na wzór klasztoru. U wyjścia znajduje się też jeziorko, a na nim łódki, którymi za opłatą 1500 kyatów można przepłynąć przez grotę i częściowo opłynąć wokół jaskinię Saddan, ciesząc oko przepięknymi krajobrazami.

Jaskinia Kaw Ka Thaung

W drodze powrotnej do Hpa-An postanowiliśmy wykorzystać fakt, że mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut światła słonecznego do dyspozycji, aby zahaczyć o jeszcze jedno miejsce. Cóż to był za strzał! Kiedy zbliżyliśmy się do tej jaskini, pierwsze, co nas uderzyło, to dobiegające naszych uszu dźwięczne, wesołe melodyjki rodem z wesołego miasteczka. Wewnątrz było jeszcze ciekawiej – pełno jaskrawych kolorów, na ziemi kafelki z ozdobami w kształcie muszelek i rozgwiazd, mnóstwo barwnych światełek, masy figurek i ornamentów… to była chyba najbardziej radosna świątynia, jaką odwiedziliśmy!

Do Hpa-An dotarliśmy przed zmrokiem. Wróciliśmy do naszego hotelu po plecaki, stamtąd rzut beretem na dworzec autobusowy, gdzie spędziliśmy czas do godziny 21 próbując lokalnych trunków, grając w karty i czekając na odjazd naszego nocnego autobusu. Po spędzeniu około 12 godzin w autobusie (minus przerwy na trasie) i przejechaniu ponad 600 kilometrów dotarliśmy ostatecznie do Kalaw, gdzie nie zrobiliśmy zbyt wiele – poszliśmy zjeść obiad w chyba najdroższej restauracji w mieście (mimo to wciąż nie wydaliśmy majątku – zapłaciliśmy w sumie 41000 kyatów, z czego prawie połowa ceny to koszt zamówionych przez nas drinków), udaliśmy się na punkt widokowy i zarezerwowaliśmy dwudniowy trekking w kierunku jeziora Inle. Poza tym odpoczywaliśmy po – bądź co bądź – męczącej podróży nocą i przed dwoma dniami intensywnego chodzenia.

Ale o tym już w kolejnym wpisie…

273 dni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.