Kategorie
Birma Podróże

Jezioro Inle i miasto świątyń Bagan – (nie)krótka relacja (cz. 5)

Po pierwszych dniach w Birmie i oswojeniu się z nową rzeczywistością, w której się znaleźliśmy, kontynuowaliśmy eksplorację tego fascynującego kraju.

Po dotarciu do Kalaw następne dwa dni spędziliśmy na trekkingu po lokalnych polach, lasach i górach w celu dostania się do miejscowości Nyaungshwe, leżącej przy jeziorze Inle. Była to świetna okazja, aby podejrzeć życie zwykłych mieszkańców kraju i podziwiać wiejskie krajobrazy.

Pierwszego dnia zostaliśmy odwiezieni razem z kilkoma innymi osobami i przewodnikiem kilkanaście kilometrów od miasteczka Kalaw (była też możliwość wyboru trekkingu trzydniowego, w trakcie której ten dystans pokonuje się pieszo, ale ze względów czasowo-finansowych zdecydowaliśmy się na krótszą wersję), by ruszyć w kierunku klasztoru znajdującego się pośrodku niczego. W międzyczasie przeszliśmy przez małą miejscowość, gdzie akurat funkcjonował lokalny rynek, a przed domami leżały całe stosy świeżo zebranych ostrych papryczek, jak również małą wioskę składającą się z kilku gospodarstw, ujrzeliśmy jak „wybija” się ziarna ze zbóż i mieliśmy przystanek na kąpiel w rzece razem z wołem.

Noc w klasztorze była również dość osobliwym doświadczeniem – ze względu na oszczędność nie korzysta się tam ze sztucznego oświetlenia (oraz, jak dopowiedział nam przewodnik, niestabilność sieci), więc kolację spożyliśmy przy świetle świeczek, nocą zaś można było obejrzeć nieskażone światłem niebo rozświetlone setkami gwiazd. Nasz przewodnik spędził z nami wieczór przybliżając nam obecną sytuację w kraju – czuć było, że nie chce otwarcie o wszystkim mówić wprost, ale nie jest zadowolony z tego, co obecnie dzieje się w Birmie. Przedstawił nam genezę trwających tam walk, rolę wojska w działaniu kraju i opowiedział o tym, jak żyje tu przeciętny człowiek. Testował też parę razy naszą inteligencję, podsuwając do rozwiązania zagadki z zapałkami czy innymi rekwizytami.

Kolejny dzień to kontynuacja pieszej podróży. W ciągu około 5 godzin przeszliśmy ponad 20 kilometrów, aż dotarliśmy do miasteczka Ywama, w którym zmieniliśmy sposób przemieszczania się na łódkę, gdyż okolica ta słynie z pływających wiosek i ogrodów. Z jej pomocą podpłynęliśmy do kilku charakterystycznych miejsc, jak na przykład rodzinny zakład produkujący biżuterię ze srebra. Później wypłynęliśmy już na „wielką wodę” jeziora Inle, skąd mogliśmy podziwiać popularnych dla tego regionu rybaków, uzbrojonych w wielkie bambusowe kosze i wiosła, którymi operują z pomocą nóg. Nasz przewodnik skorzystał z okazji, by pokazać nam rybaków faktycznie wykonujących swoją pracę, jak również „pozerów” ustawiających się do zdjęć. Dopłynąwszy do Nyaungshwe nasz trekking oficjalnie się zakończył, więc udaliśmy się do naszego hostelu, by odsapnąć, skorzystać z prysznica i udać się na miasto w poszukiwaniu marketu, na którym moglibyśmy coś zjeść. Postanowiliśmy też tego wieczoru zostać w naszym lokum, więc w celu umilenia czasu zakupiliśmy najdroższy trunek, jaki znaleźliśmy w sklepie – butelkę 0,7l Mandalay Rum Export w zawrotnej cenie 3000 kyatów, czyli… w okolicach ośmiu złotych. Zdecydowanie nie był to najlepszy alkohol, jaki dane mi było w życiu spróbować, ale wystarczająco dobrze komponował się z colą, chipsami i kartami po prawie 50 kilometrach przebytych w ciągu dwóch dni.

Następny dzień należał głównie do oczekiwania na nocny autobus, więc zdecydowaliśmy się na wypożyczenie rowerów i pozwiedzania okolicy wokół miejscowości. Zdecydowanie nie był to wypad najbardziej owocny – udało nam się dotrzeć jedynie do winnicy Red Mountain, co było okupione pokonaniem dość nieprzyjaznej drogi, zerwaniem moich japonek #3 i parokrotnym pomyleniem drogi. Popołudnie i wieczór to już spokojne oczekiwanie w hostelu aż do przyjazdu tuktuka, którym udaliśmy się do punktu zbiórki na nocny autobus jadący do prawdopodobnie jednej z najbardziej osobliwych miejscowości, jakie dane było mi odwiedzić – Bagan.

Po ośmiu godzinach i około 350 kilometrach do miejscowości dojechaliśmy koło trzeciej nad ranem, a dokładniej najpierw do zajezdni autobusowej przy lotnisku w sąsiednim Nyuang U, oddalonej o kilka kilometrów od naszego hostelu. Wzięliśmy więc taksówkę, zapłaciliśmy po 25 tysięcy kyatów za wstęp do Bagan (tak, za wejście do tej miejscowości turyści muszą zapłacić przy jednym z punktów kontrolnych na drodze do niej) i dotarliśmy do hostelu, który…. okazał się nie być naszym hostelem, lecz innym obiektem o tej samej nazwie. Czekał więc nas dodatkowy, trzykilometrowy spacer do drugiego miejsca o tej nazwie, którą wskazywała nam mapa. Na miejscu okazało się, że recepcja jest nieczynna, więc nie możemy się zameldować i możemy wrócić dopiero o godzinie dziesiątej. Zostawiliśmy więc plecaki i ruszyliśmy kolejne 5 kilometrów na punkt widokowy, oznaczony jako dobre miejsce na obserwację wschodu słońca.

Cóż to był za widok! Około godziny szóstej, kiedy niebo zaczęło nabierać pomarańczowej barwy, w powietrze zaczęły się wzbijać balony, które są wielką atrakcją Bagan (cena za taką przyjemność również jest wielka – koszta zaczynają się ponoć od 300 dolarów za osobę), serwując niesamowity krajobraz. Do ich tańca w przestworzach po jakimś czasie dołączyło słońce, które zaczęło powoli wychylać się zza horyzontu, tworząc wspólnie niezapomniany pejzaż.

Gdy balony już opadły i słońce wzbiło się wysoko, pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i rzucenia okiem na panoramę płynącej przy mieście rzeki Irawadi. Wtedy też staliśmy się celem kilkuletnich akwizytorów, którzy namawiali nas na zakup rysunków ich autorstwa za 200 kyatów za sztukę. Kamil ostatecznie się ugiął i kupił zestaw czterech malunków od najmniejszego z artystów. Następnie, koło godziny dziesiątej, wróciliśmy do hostelu w celu rozpakowania się, umycia i – co najważniejsze – udania się na drzemkę w celu odzyskania sił po nocno-porannych wojażach.

Gdy wszyscy się wybudzili i byli w gotowości do dalszego działania zbliżał się już wieczór, więc postanowiliśmy udać się na kolejny punkt widokowy – tym razem w celu obserwacji zachodu słońca. O ile rankiem mieliśmy punkt obserwacyjny niemal wyłącznie dla siebie, tak wieczorową porą byliśmy częścią dość dużego grona widzów tego seansu, ale to nie przeszkodziło nam w żaden sposób rozkoszować się widokiem słońca tonącego w morzu świątyń.

A, bo jeszcze nie zdążyłem o tym napisać! Bagan to miejsce wyjątkowe z tego względu, iż obecnie na terenie około stu kilometrów kwadratowych znajduje się ponad dwa tysiące pagód, świątyń, klasztorów i innych obiektów religijnych! Jeżeli ta liczba wprawiła cię w osłupienie, to teraz się trzymaj czegoś – na przestrzeni wieków na tym terenie wzniesiono łącznie około DZIESIĘĆ TYSIĘCY tego typu budowli! Jest to jeden z obszarów w tym kraju wpisany do listy światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety, ze względu na bardzo liczne i niekiedy bardzo silne trzęsienia ziemi, jakie nawiedzają ten teren (ostatnie, w 2016 roku, miało siłę 6.8 w skali Richtera!), większość z nich została zniszczona lub poważnie uszkodzona. Niektórzy turyści decydowali się na wspinaczkę na dachy świątyń w celu obserwacji wschodów i zachodów słońca, lecz po śmiertelnym wypadku w 2017, władze nałożyły rygorystyczne ograniczenia na tę aktywność.

Kolejnego dnia, już w bardziej ludzkich godzinach, kontynuowaliśmy zwiedzanie Bagan na elektrycznych skuterach, które są dość tanim (8000 kyatów za dzień) i bardzo popularnym sposobem na przemieszczanie się po okolicy. W ten sposób zjechaliśmy większość obszaru o największym skupieniu świątyń, w tym te najpopularniejsze, jak Ananda, Dhamma Ya Zika, Sulamani czy Thatbyinnyu. Oczywiście miejsc wartych odwiedzenia jest dużo więcej, przeplatanych setkami mniejszych obiektów, ale niestety jeden dzień to zdecydowanie zbyt mało, by ujrzeć je wszystkie. Tym bardziej, że mieliśmy mały incydent z jednym z elektrycznych skuterków – bateria przedwcześnie się rozładowała, przez co musieliśmy prawie godzinny przymusowy postój w oczekiwaniu na wymianę pojazdu.

O godzinie 16:30 byliśmy już w hostelu, spakowani i gotowi do ruszenia w dalszą drogę, do miejscowości Mandalay. Oznaczało to, że nasza podróż po Birmie zbliżała się już do końca…

249 dni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *