Mandalaj – (nie)krótka relacja (cz. 6)

Kolejne dni w Birmie spędziliśmy odwiedzając jedną z największych miejscowości tego kraju – Mandalaj. Wizyta w nim, w porównaniu z tym, co widzieliśmy wcześniej, była niczym powrót do przyszłości.

Do Mandalaj zajechaliśmy w okolicach godziny 21, więc była to tym razem dość wczesna pora dojazdu. Jadąc z dworca autobusowego do naszego hotelu można było odczuć, że dotarliśmy do wielkiego miasta – z każdej strony zaczęły nas otaczać wysokie na kilka-kilkanaście pięter budynki, mijaliśmy sklepowe szyldy i reklamowe banery znanych nam marek, obok nas przejeżdzały lśniące nowością samochody… ogromny kontrast względem tego, co widzieliśmy do tej pory.

Pierwsze miejsce noclegowe przypominało mi trochę przybytki rodem z PRLu – spanie na podłodze u mnichów w drodze do Inle było w moim odczuciu bardziej przytulne, niż ten hotelik. Dlatego też w trakcie narady nad planem na ostatnie dni w Birmie pierwszą decyzją była zmiana lokalu na kolejną noc w Mandalay. Gdy wyszliśmy jeszcze w poszukiwaniu jedzenie, jedynym punktem dostępnym w okolicach 23 było małe stoisko rozstawione na ulicy, które w zasadzie już się powoli zwijało, ale zlitowali się nad nami i dali nam możliwość zamówić coś jeszcze. Wtedy po raz pierwszy spróbowaliśmy parathę i zasmakowała nam tak bardzo, że w kolejnych dniach odwiedziliśmy to miejsce jeszcze dwa razy.

Rankiem wybraliśmy się w rejs barką na drugą stronę rzeki Irawadi do miasteczka Mingun, które jest największą atrakcją w Mandalaj. Zarówno sam rejs, jak i opłata za wejście do miasteczka kosztuje po 5000 MMK ( w sumie 10 tys. kjatów, czyli około 25 złotych). Jest tam kilka miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić – między innymi pagoda Pahtodawgyi. Docelowo miała mieć wysokość 150 metrów, co czyniłoby ją największą pagodą i jednym z największych obiektów sakralnych na świecie. Niestety budowa zakończyła się, gdy osiągnięto wysokość „zaledwie” 50 metrów z powodu przesądności ówczesnego króla (przepowiednia głosiła, że wraz z końcem budowy pagody nadejdzie również kres królestwa). Jedno z trzęsień ziemi dołożyło do budowli „blizny” w postaci licznych pęknięć.

Na jego szczycie miał się znajdować dzwon Mingun – obecnie największy bijący dzwon na świecie (był numerem jeden aż do roku 2000 – kiedy chiński Dzwon Powodzenia pobił rekord), ważący ponad 90 ton. Jest on tak wielki, że „do środka” może bezproblemowo wejść kilka osób. Innym z ważnych miejsc w tej okolicy jest pagoda Hsinbyume, która swoją architekturą ma odwzorowywać świętą górę Meru, będącą w wierzeniach buddyjskich i hinduskich centrum Wszechświata. Swoją bielą wyróżnia się w okolicznym krajobrazie, zaś z jej szczytu można podziwiać panoramę Mandalaj. Odwiedziliśmy też kapliczkę Minguna Sayadaw – mnicha, który zasłynął między innymi z tego, że wyrecytował z pamięci 16 tysięcy stron kanonicznego tekstu buddyjskiego, co sprawiło, że zapisał się na kartach księgi rekordów Guinessa.

Po powrocie z Mingun pospacerowaliśmy trochę po Mandalaj, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do hotelu, aby przenieść swoje rzeczy do innego hostelu, który wyglądał już o niebo lepiej, niż nasz pierwszy punkt noclegowy. Następnie udaliśmy się na wzgórze Mandalaj, aby móc podziwiać zachód słońca. Niestety trochę niedoszacowaliśmy poziomu trudności tego zadania – wejście na samą górę to trasa mająca około 2 kilometry w linii poziomej i ponad 200 metrów w linii pionowej pełna świątyń i ołtarzy. Mimo, iż nogi odmawiały posłuszeństwa, brakowało tchu i umysł domagał się porzucenia tego zadania, ostatecznie udało nam się dotrzeć na najwyżej położony punkt widokowy. Co prawda nie zdążyliśmy z niego ujrzeć słońca na horyzoncie, ale sam widok Mandalaj skąpanego w pomarańczowo-różowej aurze był wystarczającym wynagrodzeniem naszego trudu. W drodze powrotnej zaczepił nas jeszcze pewien ciekawski mieszkaniec, z którym porozmawialiśmy dobre kilkanaście minut na przeróżne tematy, udaliśmy się ponownie na parathę, stając się drobną atrakcją reszty klientów przybytku i wróciliśmy do naszego nowego lokum na zasłużony odpoczynek.

Następnego dnia mieliśmy mały dylemat związany z planem zwiedzania – miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, były dość mocno rozrzucone. Ostatecznie zdecydowaliśmy się najpierw odwiedzić kilka miejsc w samym mieście, robiąc przy okazji obchód wzdłuż południowej i wschodniej ściany pałacu Mandalaj (w sumie niecałe 5 kilometrów). Dotarliśmy do pagody Kuthodaw, gdzie można znaleźć ponad 700 mniejszych kapliczek skrywających w swoich wnętrzu kamienne „strony” tekstów buddyjskich, co czyni je „największą” książką świata. W tym miejscu współpracy odmówił gimbal, którym się wspierałem przy nagrywaniu filmów.

Stamtąd wzięliśmy tuktuka na most U-Bein, leżący kilkanaście kilometrów na południe od centrum. Jest to najstarszy (wziesiony około 1850 roku) i najdłuższy (1200 metrów) na świecie most wykonany z drewna tekowego. Widząc go z zewnątrz zrobił na nas ogromne wrażenie, jednak spacer po nim już był dla mnie nieco rozczarowujący, głównie za sprawą tłumnych chińskich wycieczek, przez co czułem się gorzej, niż na sopockim molo w szczycie sezonu. Dlatego osobiście polecam najpierw odbyć spacer po nim, a następnie już będąć gdzieś poza nim znaleźć dobry punkt na zdjęcie przy zachodzącym słońcu.

Stamtąd wróciliśmy bezpośrednio do hostelu, by przygotować się do podróży do ostatniego punktu naszej wyprawy po Birmie – Jangonu, byłej stolicy kraju.

229 dni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.