Kategorie
Podróże Tajlandia

Rajska Koh Phi Phi i czas powrotu – (nie)krótka relacja (cz. 8)

Wylot z Birmy oznaczał rozpoczęcie ostatniej części naszej wyprawy, czyli parodniowy pobyt na wyspie Koh Phi Phi, który miał być zwieńczeniem wojaży i czasem rajskiego wypoczynku. Oczywiście bez przygód się nie obyło…

Podróż na Koh Phi Phi zaczęła się od powrotu do Bangkoku. Jako, iż przylecieliśmy wczesnym porankiem i kolejny lot mieliśmy późnym wieczorem tego samego dnia, postanowiliśmy odwiedzić Ancient City – leżący na obrzeżach stolicy ogromny park o kształcie przypominającym granice Tajlandii, gdzie można znaleźć ponad setkę budowli, które w dużej mierze stanowią repliki nieistniejących już konstrukcji lub nowe, tworzone na wzór dawnych stylów architektonicznych. Park jest bardzo obszerny, dlatego każdy zwiedzający ma możliwość bezpłatnego wypożyczenia roweru, który jest doskonałym sposobem na sprawne zwiedzanie. Jest to punkt z największą opłatą wstępu, który odwiedzaliśmy (700 bahtów, czyli około 85 złotych), ale zdecydowanie warto – można tam spędzić cały dzień.

Wieczorem wróciliśmy na lotnisko w oczekiwaniu na lot na Phuket, gdzie spędziliśmy dwie noce. Tam nastąpiła dość nieciekawa sytuacja – port USB w telefonie się przypalił, co oznaczało, że pozostałem bez telefonu. Fakt ten, w połączeniu z poprzednimi stratami i zmęczeniem spowodowanym deficytem snu sprawił, że pierwszą noc na tej wyspie spędziłem w, delikatnie mówiąc, nienajlepszym nastroju. Na szczęście humor zaczął wracać do normy rano, by wrócić na pozytywne tory po dotarciu na plażę. Trochę doskwierał brak telefonu, bo było co fotografować i nagrywać – lotnisko w Phuket leży tuż przy plaży, co oznacza, że podchodzące do lądowania samoloty znajdują się dosłownie kilka-kilkanaście metrów nad plażowiczami. Jednak widok morskiej wody, żółciutkiego piasku i dających cień palm sprawił, że przestałem się tym aż tak przejmować i wszyscy zaczęliśmy powoli przestawiać się z podróżniczego do wakacyjnego trybu.

Kolejną noc spędziliśmy w miasteczku Phuket (tak, nazywa się tak samo, jak cała wyspa) w hostelu, który jakimś zbiegiem okoliczności znajdował się obok serwisu telefonów, więc po odkryciu tego faktu czym prędzej udałem się do niego i zostawiłem swój sprzęt, by odebrać go następnego dnia, tuż przed ruszeniem na statek płynący na wyspę Koh Phi Phi. Z lekkim bólem zostawiłem 2000 bahtów (jakieś 250 złotych), ale dostęp do aparatu i kamery był dla mnie cenniejszy.

Po trwającym około dwóch godzin rejsie dotarliśmy do Koh Phi Phi. Pierwsze, co rzuciło się nam w oczy, to klimat miejsca – w tym znaczeniu, że od razu poczuliśmy się jak w popularnym miejscu wypoczynkowym. Dużo barów, sklepów z pamiątkami, ubranych w stroje kąpielowe rosyjskojęzycznych par i tak dalej. Na szczęście nie gościliśmy w „centrum” wyspy długo, gdyż po zakupach w 7-Eleven (w którym ceny były znacznie wyższe, niż w reszcie kraju) wsiedliśmy do „wodnej taksówki”, która zabrała nas na drugi koniec wyspy. Po dopłynięciu do brzegu na suchy ląd nas i nasze rzeczy zgarnął traktor i po krótkich poszukiwaniach naszego lokum i zameldowaniu się byliśmy w naszym domku, gdzie czekały na nas trzy rajskie noce. Pierwszej nocy pospacerowaliśmy nieco po naszej „osadzie”, gdzie zjedliśmy fajną kolację i udaliśmy się na plażę nacieszyć szumem fal i rozgwieżdżonym niebem.

Następny dzień był dniem błogiego relaksu – naszym głównym zajęciem było chłonięcie żaru z nieba poprzez siedzenie pod palmami na złocistym piasku i pływanie dla ochłody w turkusowym morzu. W międzyczasie rozejrzeliśmy się jedynie za możliwościami urozmaicenia sobie następnego dnia i padło na wycieczkę łódką po sąsiednich wysepkach. Obudziliśmy się więc nazajutrz rano, by o godzinie 8:30 być płynąć już do jednej z wielu zatoczek, gdzie wskoczyliśmy sobie do wody z maskami do snorkelingu i podziwialiśmy morską faunę.

Jednym z punktów był przystanek na małpiej plaży, na której roi się od makaków. Te cwane zwierzaki kradną nie tylko serca turystów swoim uroczym wyglądem, ale też ich butelki z wodą, jedzenie i wszystko, co znajdą w torebkach czy plecakach, co mogą wymienić w ramach okupu za jakiś przysmak. Niestety jednej z małpek nie spodobało się, że oparłem rękę na kamieniu, obok którego ona siedziała, o czym dała mi wyraźnie znać rzucając się na rękę z zębami, przebijając się jednym z kłów do krwi. Dezynfekcja i prowizoryczny opatrunek na plaży, powrót do domku, telefon do ubezpieczalni i wizyta w prywatnej klinice w celu szczepienie poekspozycyjne przeciw wściekliźnie – jedno z sześciu. Od tego dnia mam mniejszą sympatię do małp.

Ostatni dzień to w pierwszej części korzystanie z ostatnich chwil rajskiego klimatu, a w pozostałej pakowanie się i kolejna podróż – tym razem już z wizją powrotu do Polski. Z jednej strony żal nam było opuszczać zarówno Koh Phi Phi, jak i Tajlandię w ogóle, z drugiej zaś zdaliśmy sobie sprawę, że byliśmy w podróży już niemal miesiąc i w tym czasie doświadczyliśmy tak wielu przygód i zobaczyliśmy tak wiele miejsc, że pierwsze dni naszej wyprawy wspominaliśmy jakby to była zupełnie inna, odrębna wycieczka, która miała miejsce bardzo dawno temu.

Popołudniem popłynęliśmy do „centrum” Koh Phi Phi, stamtąd rejs na Phuket, następnie na lotnisko i powrót do Bangkoku, gdzie spędziliśmy ostatnią noc. Jako, iż mieliśmy prawie całą dobę w oczekiwaniu na kolejny lot, ekipa z rana poszła na pamiątkowe zakupy, a ja do szpitala po kolejny zastrzyk, na który – jak się okazało – wysłany zostałem za wcześnie, co oznaczało, że powinienem go przyjąć dzień później, w Pekinie, gdzie mieliśmy kolejną przesiadkę. Wróciłem do naszego hostelu, poczekałem na współpodróżników i wieczorem ponownie na lotnisko, tym razem do stolicy Chin, gdzie wylądowaliśmy po raz kolejny we wczesnych godzinach porannych. Obyci już w procedurach szybko wypełniliśmy wizy tranzytowe, opuściliśmy lotnisko i znowu się rozdzieliliśmy – ja do szpitala, ekipa na zwiedzanie.

Na szczęście nie musiałem samotnie włóczyć się po Pekinie, gdyż udało mi się spotkać ze znajomym mieszkającym tam od kilku lat, który został moim przewodnikiem i tłumaczem. Po wizycie w szpitalu i przyjęciu drugiego zastrzyku na wściekliznę pozwiedzaliśmy trochę miasta, przy okazji mając okazję usłyszeć z pierwszej ręki jak się tu mieszka i żyje, jak wygląda mentalność przeciętnego pekińczyka, jaka jest polityka rządu itp. Przy okazji pod wieczór doświadczyliśmy pierwszego śniegu, co było sporym szokiem )(w tym termicznym) w odniesieniu do skwaru, jaki jeszcze kilkanaście godzin wcześniej spływał z tajskiego nieba.

Późnym wieczorem wróciłem na lotnisko. Na szczęście w cenie biletu mieliśmy dostęp do salonu lotniskowego, więc w całkiem komfortowych warunkach mogliśmy się zdrzemnąć w oczekiwaniu na ostatniu już lot do Warszawy. Wczesnym rankiem samolot i po ponad 8 godzinach byliśmy w Polsce. Dziwny to był moment – czuliśmy się tak, jakby wrócili z podróży trwającej jednocześnie weekend i rok. Minęło od tego czasu równo pół roku, a ja wciąż na myśl o tym czasie mam kalejdoskop emocji, który przez długi czas nie pozwalał mi w sposób zadowalający dobrać słów w tym ostatnim wpisie z (nie)krótkiej relacji.

Dlatego najwyższa pora, aby w końcu opublikować ten wpis – czasem najpiękniejsze zdania nie są w stanie opisać niektórych doświadczeń. Jedyne, co mogę napisać na sam koniec – zdecydowanie polecam każdemu przeżyć taką przygodę.

188 dni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *