Kategorie
Podróże

W 10 dni dookoła Islandii

Islandia od dawna była jednym z krajów, który chciałem odwiedzić. Fascynowały mnie przede wszystkim bezkresne, niemal nietknięte ludzką ręką krajobrazy i częstotliwość, z jaką można nocą ujrzeć zorze polarne. Na początku tego roku udało się zrealizować ten cel.

Historia zaczęła się gdzieś we wrześniu 2019 roku, kiedy to wspólnie z Kasią i Jerzykiem, z którymi pracowałem i mieszkałem na Majorce, zastanawialiśmy się nad naszymi planami na zimę. Jedną z propozycji był wspólny wypad właśnie na Islandię. Później plan ten zaczął się materializować w momencie znalezienia przystępnych cenowo biletów lotniczych. Kiedy je zarezerwowaliśmy, przeszliśmy do ustalania szczegółów naszego wypadu. Ogólne założenia były następujące – pierwszy wieczór spędzamy w Reykjaviku, zwiedzając stolicę Islandii, po czym następnego dnia bierzemy kampera i resztę czasu spędzamy podróżując po drodze krajowej numer 1, czyli robiąc okrążenie po całym kraju, odbijając z głównej drogi w celu odwiedzenia najciekawszych miejsc, które były o tej porze roku dostępne.

W ten sposób, od słów do czynów, 20 lutego znalazłem się w Krakowie, skąd mieliśmy wylatywać. Przybyłem dzień wcześniej, więc znalazł się czas na zrobienie zakupów na drogę. Naszym założeniem była podróż jak najbardziej ekonomiczna, więc po zapoznaniu się z cenami podstawowych produktów w Islandii, które są wyższe niż w Europie, zaopatrzyliśmy się w całą masę jedzenia zdatnego do podróży – pieczywo, sery, wędliny, pasztety, zupki, gorące kubki, coś na osłodę, alkohol i tak dalej. Zawczasu kupiłem odpowiednie ubrania, jednak spacerując po sklepach dokupiłem jeszcze dodatkową odzież termiczną (zwane niegdyś kalesonami). Później spacerek po rynku, powrót na noc do mieszkania Jerzyka i następnego dnia podróż na lotnisko, by po czterech godzinach lotu, po godzinie 18, wylądować w Keflaviku.

Tam wsiedliśmy we Flybusa, który zawiózł nas do Reykjaviku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg na jedną noc. Rzuciliśmy nasz dobytek, chwilę odsapnęliśmy i zastanawialiśmy się co począć z resztą wieczoru. W podjęciu decyzji pomógł Bartek – mój znajomy, który po wrzuceniu przeze mnie na Facebooka informacji o starcie podróży zaproponował wspólne wyjście na piwo. Umówiliśmy się w centrum miasta, do którego spacerkiem mieliśmy jakieś kilkanaście minut. Miejscem spotkania miał być punkt z najlepszymi hot-dogami stolicy, zwany „pylsur„. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że stoimy przed najzwyklejszą w świecie budką, których kilkanaście lat temu w Polsce było cała masa, w której serwowane są najzwyklejsze w świecie parówki włożone w najzwyklęjszą w świecie bułkę i polane najzwyklejszym w świecie keczupem. Bartek uparł się, że nam stawia, jednak dla celów czysto informacyjnych zaznaczę, że jeden taki hot-dog to koszt 350 koron islandzkich, czyli około 10 złotych. Po tej „uczcie” pospacerowaliśmy trochę po centrum, pomęczyliśmy naszego przewodnika standardową serią pytań turystycznych w stylu „Jak się mieszka? Ile zarabiasz? Jacy są tu ludzie?”, po czym wróciliśmy do naszego lokum. Piwa nie wypiliśmy, bo sklepy z alkoholem były o tej porze zamknięte, nas zaś stawka za pylsura zniechęciła do odwiedzania jakiegokolwiek baropodobnego przybytku (o ile w ogóle był jakiś otwarty – dostęp do alkoholu jest na Islandii mocno utrudniony).

Poranek przyniósł kolejne potwierdzenie jednej z informacji znalezionych przed podróżą w Internecie. Ciepła woda niesie ze sobą również interesujące wrażenia zapachowe. Wszystko za sprawą tego, że w kranach płynie woda ze źródeł geotermalnych, która zawiera w sobie związki siarki, wydzielając aromat często porównywany do zgniłego jajka. Pierwszy prysznic pod tym względem był intrygującym doświadczeniem, choć byłem przygotowany na dużo gorsze, bardziej intensywne doznania. Ot, trochę dziwnego, mało przyjemnego zapachu, nic więcej, po paru minutach nie stanowiło to już żadnego problemu.

Po prysznicu i śniadaniu wyszliśmy ponownie na obchód stolicy, ponieważ na krótko przed przylotem CampEasy, z którego rezerwowaliśmy kampera, przeniósł swoją siedzibę do Keflaviku, co nieco zmieniło nasze plany, ale udało nam się dogadać, że z powodu zamieszania odbierając busa o godzinie 15 za ten dzień nie będziemy płacić. Zobaczyliśmy więc Reykjavik za dnia – odwiedziliśmy lokalny targ, zajrzeliśmy do środka filharmonii, zajrzeliśmy do środka nietypowej katedry i o umówionej godzinie byliśmy ponownie pod naszą tymczasową kwaterą. Osoba, która nas odbierała, okazała się być Polakiem, co nie było jakąś wielką niespodzianką – według danych statystycznych Islandię zamieszkuje 20 tysięcy Polaków, co oznacza, że mniej więcej co 20 osoba pochodzi z Polski, w tym aż co druga nie będąca obywatelem Islandii!

Po niecałej godzinie dojechaliśmy do biura w Keflaviku i podpisywaliśmy umowę na wypożyczenie naszego kampera. Przed ruszeniem w drogę otrzymaliśmy garść porad i wskazówek oraz tablet, który okazał się bezcennym wsparciem w naszych wojażach. Dzięki niemu mogliśmy bez większych trudów znaleźć ciekawe miejsca warte odwiedzenia, najbliższe otwarte sklepy, stacje benzynowe czy kempingi (bo nocować w samochodzie można tylko w wyznaczonych do tego miejscach, co jest pilnowane nie tylko przez policję, ale podobno i samych mieszkańców), jak również mogliśmy śledzić prognozy pogody i informacje o aktualnym stanie dróg w całym kraju.

Szczególnie to ostatnie było kluczowe w realizacji naszego planu podróży. Końcówka lutego to wciąż zima i niejednokrotnie aura mocno utrudniała, a czasem wręcz uniemożliwiała realizację jakiegoś celu (o lataniu dronem nawet nie chcę pisać – udało się go wzbić w powietrze tylko parę razy). Minusowa temperatura powietrza, opady śniegu i silne wiatry sprawiają, że nawet mimo odpowiednio przygotowanego pojazdu trzeba być gotowym na każde zdarzenie na drodze. Pod tym względem mieliśmy bardzo dużo szczęścia, gdyż zaczęliśmy naszą podróż od południa, gdy warunki były całkiem dobre, lecz wraz z obraniem kierunku na północ pogoda zaczęła się psuć. Raz jechaliśmy do najbliższego kempingu nocą w totalnej śnieżycy, z widocznością na poziomie kilku metrów. Przed nami jechał tylko jakiś ciężki pojazd, który był naszym przewodnikiem na trasie – starałem się jak mogłem dotrzymać mu tempa i podążać za jego światłami, inaczej zapewne utknęlibyśmy gdzieś na środku drogi, wlekąc się kilka kilometrów na godzinę. Nie mieli szczęścia ci, co startując w tym samym czasie, co my, zaczynali swoją podróż kierując się na północ, ponieważ po kilku dniach niemal wszystkie drogi na południu były zamknięte z powodu śnieżyc i silnych wiatrów, więc objechanie całej „jedynki” było niemożliwe.

Nie było chyba dnia, w którym nie widzieliśmy jakiegoś samochodu, który utknął w zaspie na poboczu. Jeden z nich pomagaliśmy zresztą wyciągać po tym, jak zakopał się w śniegu na parkingu i nie był w stanie samodzielnie wyjechać. Pogoda bywa w Islandii bardzo często bezwzględna, o czym sami zresztą się przekonaliśmy, gdy droga do Hofsós, która na naszym tablecie była oznaczona jako względnie przejezdna, okazała się długą na kilka kilometrów taflą lodu. Nie pomagał też wiatr wiejący prosto w bok naszego busa, który dawał się we znaki, ale nie był jeszcze zbyt uciążliwy. Dojechawszy do miasteczka zarządziliśmy odwrót i zanim udało nam się opuścić tę trasę, porywy zaczęły przekraczać prędkość stu kilometrów na godzinę. Pierwszy „strzał” prawie zepchnął nas z trasy, ale jakoś udało się wrócić na drogę, lecz zanim udało mi się skorygować tor jazdy walnął nas drugi, jeszcze mocniejszy podmuch. W tym momencie nasz kamper sunął po skosie w kierunku zaspy jak curlingowy kamień i mimo desperackich prób odzyskania przyczepności sami skończyliśmy poza drogą. Po wezwaniu pomocy drogowej przyjechał jeden pickup z wyciągarką – nie dał rady. Na wsparcie przyjechał drugi – bez zmian, obydwa ślizgały się na lodzie przy próbach uratowania nas. Dopiero wielka piaskarka dała radę wyciągnąć nas z tarapatów. Cena za naukę szacunku do żywiołów była bardzo wysoka – ostatecznie usługa kosztowała nas sto tysięcy koron, czyli prawie 3 tysiące złotych… Auć.

Wracając jednak do naszego planu podróży – najpierw jechaliśmy na zachód, przez południową część Islandii. Jest to popularniejsza i bardziej „zatłoczona” część kraju ze względu na większą ilość miejsc wartych odwiedzenia i łagodniejsze warunki panujące na trasie, przez co łatwiej organizować autokarowe wycieczki z Reykjaviku. Szczególnie dużo ludzi było obecnych w najpopularniejszych punktach, jak Diamentowa Plaża leżąca przy zatoce Jökulsárlón, której nazwa wzięła się od wielkich lodowych brył leżących na brzegu, wodospad Skógafoss, miejsce styku eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej płyt tektonicznych na terenie Parku Narodowego Þingvellir, jak również Geysir, czyli strzelające na kilkadziesiąt metrów źródło geotermalne, od którego rozpowszechniła się nazwa na wszystkie tego typu zjawiska, czy czarna plaża Reynisfjara z ogromnymi i zadziwiająco symetrycznymi bazaltowymi kolumnami. Dzięki wynajęciu kampera mieliśmy okazję odwiedzić również miejsca, do których autokarowe wycieczki się nie zapuszczały, przez co wydawały się niemal bezludne.

Jednym z takich miejsc jest gorąca rzeka Reykjadalur, która latem jest ponoć mocno zatłoczona, zimą jednak razem z naszą trójką było raptem kilkanaście osób. Żeby jednak do niej dotrzeć, trzeba przejść przez ponad trzykilometrową trasę trekkingową, która jest pełna wspaniałych krajobrazów, wymaga jednak momentami dużej dozy ostrożności zimą. Przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy to złapałem poślizg i przewróciłem się na oblodzonym kawałku ścieżki, co przyczyniło się do połamania statywu, który miałem zawieszony na plecaku, a który Kasia kupiła dosłownie dzień przed wyjazdem… Wejście do gorącej wody zrekompensowało wszelkie trudy na tyle, aż nie chciało nam się z niej wychodzić – tym bardziej, że oznaczało to wystawienie się na kilka chwil na minusową temperaturę i chłodny wiatr w czasie przebierania się.

Innym miejscem na południu, przy którym było względnie pusto, to wodospad Gljufrabui, który schowany jest wewnątrz malutkiego kanionu, przez który trzeba przejść po kamieniach wystających z malutkiej rzeczki, którą ten wodospad tworzy. Trafiliśmy na niego trochę przypadkiem, spacerując z rana po kempingu, na którym nocowaliśmy. Znaleźć go można zaraz obok bardziej popularnego Seljalandsfoss, który przyciąga znacznie większą rzeszę turystów – po spędzeniu czasu przy naszym „odkryciu” zadowoliliśmy się widokiem na ten wodospad z drogi, zniechęceni do bliższych oględzin masą samochodów i autobusów stojących na pobliskim parkingu.

Zwiedzanie północnej części Islandii wiązało się z pogorszeniem warunków pogodowych – to właśnie tam trafiła nam się nieszczęsna „przygoda” z poboczem. Było więcej śniegu, mocniejsze wiatry i niższe temperatury, przez co nie mogliśmy dojechać wszędzie tam, gdzie chcieliśmy. Z drugiej strony wiązało się to z brakiem autokarów i mniejszą ilością turystów, co oznaczało, że oprócz nas w każdym z odwiedzanych przez nas miejsc maksymalnie kilka innych osób. Pierwszym punktem reprezentującym północ, do którego dotarliśmy, był Stokksnes, czyli cypel, na którym znajduje się plan filmowy reprezentujący wioskę wikingów, którą zbudowano w roku 2010 u podnóża góry Vestrahorn. Ostatecznie żadnego filmu tam nie nakręcono, teren planu porzucono, zaś natura zrobiła swoje, sprawiając, że całość w oddali naprawdę przypomina dawną, porzuconą wioskę wikingów.

Opuszczenie południa Islandii to był również moment, kiedy rozpoczęliśmy polowanie na zorzę polarną, gdyż na północy jest większa szansa na ich dostrzeżenie. Po paru wieczorach wypatrywania zieleni, siedząc na kempingu i obserwując aplikacje z prognozami zorz, na niebie w końcu zaczęliśmy dostrzegać nietypową, zielonkawą poświatę. Szybko zawinęliśmy się do busa, odjechaliśmy kilka kilometrów od kempingu i zatrzymaliśmy się na najciemniejszym fragmencie drogi, z dala od wszelkich świateł, gdzie udało nam się podziwiać te fantastyczne zjawisko i uwiecznić je na zdjęciach. Choć zorza polarna, którą „upolowaliśmy”, nie była nadmiernie intensywna, widok pływających po niebie zielonych, świetlistych obłoków i tak zapada w pamięć!

Po kąpieli w gorącej rzece na południu północna część minęła nam na dużo częstszym kontakcie z wodą. Najpierw skorzystaliśmy z miejskiego basenu, które znajdują się ponoć w każdej większej miejscowości – przy czym „większe” oznaczało w naszym przypadku mające około półtora tysiąca mieszkańców miasteczko Höfn, które odwiedzaliśmy, by zajechać do warsztatu w celu sprawdzenia zainstalowanego w busie Webasto, które z niewiadomych przyczyn potrafiło się samoczynnie wyłączać, co przy minusowych temperaturach w nocy było dużą niedogodnością. W basenach była oczywiście woda ze źródeł geotermalnych, oferując temperatury od dwudziestu paru stopni na basenie pływackim do prawie czterdziestu stopni celcjusza w jaccuzi, a wszystko to na otwartej przestrzeni. Odwiedziliśmy też lagunę Mývatn, która jest tańszym i mniej tłocznym odpowiednikiem Błękitnej Laguny. Jednak najlepsze miejsce, w którym dane nam było wskoczyć do wody, jest duża, otwarta wanna znajdująca się tuż przy drodze niedaleko miejscowości Djúpivogur. Samo ujrzenie tego po raz pierwszy powoduje chwilowe zawieszenie procesów myślowych – kto w ogóle mógł wpaść na taki pomysł?! Gdy się już do niej wejdzie, można odczuć fascynujący stan oderwania od rzeczywistości, w którym wszystko przestaje nagle mieć znaczenie – liczy się tylko hipnotyzujący krajobraz i błogie ciepło wody, którym chce się rozkoszować, nie zawracając sobie głowy innymi sprawami. Nawet zapach zgniłego jajka i zamarzające włosy nie są w stanie wybić z tego błogiego stanu.

Odwiedziliśmy też gorące źródło znajdujące się w jaskini Grjótagjá, jednak tam akurat nie pływaliśmy, ponieważ znajduje się ona blisko laguny Mývatn, którą odwiedzaliśmy, poza tym woda była naprawdę gorąca, osiągając prawie 50 stopni Celcjusza. W pobliżuj Mývatn znajduje się też bardzo charakterystyczny wulkan Hverfjall, na który próbowaliśmy dotrzeć, jednak nasz tabletowy poradnik pokazał nam drogę, która była naprawdę ciężka do przejechania – jeden błąd i bus utknąłby w śniegu, więc mimo szczerych chęci i starań ostatecznie poddałem się i musieliśmy się nacieszyć widokiem wulkanu z trasy. Zamiast tego odwiedziliśmy Dimmuborgir, czyli park pełen unikalnych lawowych formacji i kształtów, jak również pola termalne Namafjall, czyli przedsionek piekieł, gdzie z ziemi nieprzerwanie bucha gnijący siarką kłąb pary wodnej.

Jak już wspominałem, pogoda na północy bywała brutalna i bezwględna, dlatego też musieliśmy odpuścić chociażby odwiedzenie wodospadów Dettifoss i Selfoss i w zasadzie ostatnim punktem, jaki odwiedziliśmy, była plaża fok w północno-zachodniej części Islandii. W ten sposób, po dziewięciu dniach jazdy, zrobiliśmy pełne okrążenie po drodze krajowej numer 1 i wróciliśmy do Reykjaviku. Mając jeszcze półtorej doby w zanadrzu zastanawialiśmy się co robić, więc najpierw Jerzyk i Kasia skoczyli na jeden z basenów (ja w tym czasie bardziej potrzebowałem drzemki), po czym zdecydowaliśmy się ponownie obrać kurs na park narodowy Þingvellir, by ujrzeć to, co pominęliśmy za pierwszym razem w obawie przed niedoborem czasu. Niestety, ale pogoda w postaci silnych wiatrów po raz kolejny pokrzyżowała nasze plany i nie dość, że nie pozwoliła na zwiedzanie, to dodatkowo zmusiła nas do pozostania na kampingu do następnego poranka. Mieliśmy tylko nadzieję, że warunki do tego czasu zdążą się poprawić – słabo byłoby utknąć ostatniego dnia w środku zamieci.

Na szczęście poranek wyglądał jak z pocztówki, wiatr również zelżał, więc zaczęliśmy kierować się do Keflaviku. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Brimketill, czyli punkt widokowy na południe od Keflaviku słynący z silnych fal i ujście źródła geotermalnego Gunnuhver, po czym zajechaliśmy do naszej wypożyczalni, przepakowaliśmy się i zostaliśmy odwiezieni na lotnisko. Jak to zwykle bywa, byliśmy już zmęczeni podróżą – cały czas zmagaliśmy się z zimnem, wiatrem, śniegiem i lodem, żywiąc się głównie kanapkami i gorącymi kubkami. Z drugiej strony pozostał pewien niedosyt i jestem pewien, że zechcę odwiedzić Islandię po raz drugi, lecz tym razem w ciągu lata – wtedy biel wyparta jest przez zieleń, klimat jest znacznie łagodniejszy i bardziej przyjazny do podróży, dodatkowo otwiera się dostęp do centralnej wyżyny, czyli kolejnych ogromnych przestrzeni do eksploracji.

Cóż można dodać na koniec? Zdecydowanie polecam każdemu odbycie podobnej wyprawy. Wszelkie krajobrazy i widoki warte są wszystkich niedogodności z tym związanych. A dla tych, dla których zdjęcia to za mało – zapraszam do obejrzenia krótkiej wideopocztówki z naszej wyprawy.

1 dzień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *