Podróże

Opuszczając Bangkok dolecieliśmy do Chiang Mai, leżącego w północnej części Tajlandii. Można rzec, że trafiliśmy z ogromnej, wielkomiejskiej stolicy do małego, prowincjonalnego miasteczka.

W międzyczasie dołączyła do nas świeżo upieczona para małżeńska – Dominik i Agnieszka, więc nasz skład powiększył się tymczasowo do 6 osób. Zakwaterowaliśmy się w dość osobliwym miejscu, które nosi nazwę Tiger House. Jest to po prostu jednopokojowy hostel, w którym znajduje się 6 łóżek piętrowych. Cena całkiem atrakcyjna – kosztowało nas to w okolicach 12 złotych za noc od osoby. Sam właściciel, który przedstawił się nam jako… Tiger, to bardzo sympatyczny i pomocny człowiek, lubiący sobie też czasem pożartować.

W międzyczasie przypomniał się głód, więc ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś jedzenia. W ten sposób trafiliśmy na plac, który wieczorami jest gastronomicznym centrum Chiang Mai. To znaczy, gdy trafiliśmy tam po raz pierwszy, czyli przed północą, niemal wszyscy już się zwijali, ale trafiliśmy na jedną budkę, w której mogliśmy jeszcze coś zamówić. Jedzenie było fantastyczne i naprawdę tanie – za pełny talerz ryżu z wołowiną i warzywami zapłaciłem 50 batów, czyli jakieś 6 złotych!

Po napełnieniu żołądków pospacerowaliśmy jeszcze trochę po okolicy, gdzie udało się znaleźć między innymi 7-Eleven. Tam moim oczom ukazały się japonki #3, które wyglądały na solidniejsze, niż te, które zniszczyły się w Bangkoku, więc postanowiłem dać im szansę, płacąc 250 batów (30 złotych).

Następnego ranka znowu obudziłem się jako pierwszy, więc postanowiłem wykorzystać sytuację, żeby spróbować odnaleźć swoje okulary, które – jak się okazało – z dużym prawdopodobieństwem zostawiłem w samolocie. Zwróciłem się do Tigera po radę, ten zaś zaproponował mi, aby wziął jego rower i podjechał na lotnisko. Udało się dotrzeć w jednym kawałku, okulary znalazły się, a pora wciąż była wczesna, więc postanowiłem wykorzystać trochę okazję i korzystając z użyczonego roweru pobłądzić mniejszymi uliczkami Chiang Mai.

Reszta ekipy wciąż spała, więc oddałem rower i udałem się na plac, który odwiedzaliśmy w nocy, żeby sprawdzić co dzieje się tam za dnia. Trafiłem na lokalny market, w którym można było dostać całą gamę produktów, głównie gastronomicznych. Warzywa, owoce, zioła, przyprawy, mięso… wszystko to leżało luzem w trzydziestostopniowym skwarze. Gdyby wpuścić tam kontrolerów z sanepidu, to albo uciekaliby w popłochu, albo zrównali całą okolicę z ziemią.

Gdy już wszyscy byli wybudzeni, zwarci i gotowi, ruszyliśmy na zwiedzanie Chiang Mai. Zaczęliśmy od Wat Sri Suphan, znanej też jako Srebrna Świątynia. Dekoracje wewnątrz niej robiły naprawdę spore wrażenie – można tam znaleźć mnóstwo szczegółowo wykonanych symboli religijnych i kulturowych, zaś same schody są wykonane tak, jak gdyby chodziło się po niebiańskich obłokach. Niestety, kobieca część grupy nie była w stanie podziwiać jej od środka, gdyż wstęp do niej zarezerwowany jest wyłącznie dla mężczyzn.

Następnie trochę czasu spędziliśmy na terenie Wat Chet Lin, gdzie znajduje się bardzo urokliwy plac ze stawikiem i drewnianym mostkiem prowadzącym do klasztoru mnichów. Trzecia i ostatnia świątyni tego dnia to Wat Chedi Luang. Za obecnie funkcjonującą świątynią znajduje się wyglądający spektakularnie obiekt, który jest rekonstrukcją chedi zniszczonego w 1545 roku z powodu trzęsienia ziemi.

Gdy już nastał zmrok, postanowiliśmy udać się na kolację do miejsca, które zarekomendowała nam napotkana w Srebrnej Świątyni Tajka. W tym celu po raz pierwszy przejechaliśmy się tuk tukiem, czyli najpopularniejszym pojazdem do świadczenia usług taksówkarskich. Na miejscu okazało się, że jest to restauracja dość oblegana – przed wejściem czekało kilkanaście osób, które były wpuszczane na podstawie kolejności zrobienia rezerwacji dokonanej za pomocą aplikacji. Jedzenie było całkiem dobre (choć nie wszystkim wszystko smakowało) i estetycznie podane, za co musieliśmy trochę dopłacić. Dość rzec, że za tę kwotę cała nasza szóstka mogłaby się stołować w mniejszych, bardziej „lokalnych” budkach niemal trzy razy.

Kolejnego ranka mieliśmy jechać na wycieczkę do Chiang Rai. Już prawie się usadziliśmy wygodnie w autobusie, gdy powstało zamieszanie z powodu zdublowanych rezerwacji miejsc. Po szybkiej analizie sytuacji przez kontrolera biletów okazało się, że naszą rezerwację zrobiłem na dwa dni później… Po krótkiej burzy mózgów (która nie była zbyt intensywna – była ósma rano, kiedy dzień wcześniej większość budziła się dopiero przed południem, więc wspomniane mózgi dopiero się budziły) i małych poszukiwaniach po dworcu udało się znaleźć alternatywę w postaci wycieczki do Pai – znalazł się busik z idealną ilością miejsc wolnych, który ruszał w ciągu kilku minut. Szczęście w nieszczęściu!

Gdy już dojechaliśmy do Pai, napełniliśmy żołądki i zweryfikowaliśmy warte odwiedzenia miejsca, ruszyliśmy pieszo w kierunku Białego Buddy. Nie zdecydowaliśmy się na skuter, których wypożyczalni było na pęczki, ponieważ albo chcieli pod zastaw brać nasze paszporty albo wymagali międzynarodowego prawa jazdy, którego nie posiadaliśmy. Sama droga zajęła nam nieco czasu – musieliśmy przemierzyć kilka kilometrów, w tym dużą część trasy idąc pod górkę w pełnym słońcu. Mimo to warto było podjąć ten wysiłek, gdyż zarówno sam Budda, jak i krajobraz wokół robi niesamowite wrażenie!

Później postanowiliśmy się wybrać trochę poza tereny zurbanizowane, co by pooglądać pola ryżowe. MapsMe kierowało nas do jakiegoś ciekawie zapowiadającego się punktu, do którego jednak nigdy nie dotarliśmy, gdyż trafiliśmy na rzeczkę, przez którą miał prowadzić mostek, którego nie było… To nic, i tak zobaczyliśmy kawałek wiejskiego, urokliwego krajobrazu, który można byłoby namalować albo umieścić jako tapetę na komputerze. Tylko pola uprawne, co jakiś czas gospodarstwo i jedna świątynia.

Więcej w Pai nie zobaczyliśmy, bo musieliśmy wcześniej wrócić na bus powrotny. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia wybraliśmy się na plac, który odwiedziliśmy pierwszej nocy w Chiang Mai, który był wieczorem pełen ludzi, plastikowych stolików i krzesełek oraz stoisk z jedzeniem. Wybór był ogromny i każdy znajdzie tam coś dla siebie – od dań z ryżem czy makaronem serwowanych na talerzach, przez szaszłyki, na naleśnikach kończąc. Do picia herbata, która stała w termosie na każdym ze stolików, napoje gazowane albo cała gama smoothie owocowych. Wszystko to w cenach wręcz śmiesznie niskich!

Kolejny dzień, kolejna wyprawa! Tym razem wybraliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem po najciekawszych miejscach w pobliżu Chiang Mai. Pierwszym punktem wycieczki był wodospad Wachirathan, którego wysokość sięga 80 metrów. Zarówno sam wodospad, jak i ciągnący się dalej potok jest naprawdę bardzo ciekawym punktem, aby spędzić trochę czasu z naturą.

Następnie wjechaliśmy na Doi Inthanon, czyli najwyższy szczyt Tajlandii, leżący na wysokości 2565 metrów n.p.m. Zmiana otoczenia była przede wszystkim odczuwalna w temperaturze, która spadła do kilkunastu stopni w czasie, gdy niżej było bliżej trzydziestu. Tam przespacerowaliśmy się jednym ze szlaków, którego obejście zajęło nam kilkadziesiąt minut. Dowiedzieliśmy się na przykład, że małpy, które wcześniej były tam stałymi bywalcami, w ciągu dnia unikają tego typu miejsc z obawy przed ludźmi, którzy nie zawsze mają wobec nich dobre intencje.

Kolejnym punktem były dwie pagody, jedna dla króla, druga dla królowej, które zostały wybudowane dla uczczenia sześćdziesiątych urodzin królewskiej pary. Obydwie bardzo pięknie prezentują się zarówno z zewnątrz, jak i w środku, jednak to, co najbardziej przykuło moją uwagę, to ogród przy pagodzie królowej oraz widok na dolinę z punktu widokowego.

Do następnego miejsca musieliśmy dojechać około dwóch godzin. Gdy już tam dotarliśmy, najpierw zjedliśmy obiad – ryż z warzywami i jajkiem sadzonym zawinięty w liść palmy. Następnie nadszedł czas dokarmić słonie! Mieliśmy lekkie obawy co do odwiedzenia tego miejsca z powodu informacji o złym traktowaniu słoni w „sanktuariach„, ale na miejscu okazało się, że niepotrzebnie – przyszły do nas dwa słonie, które wyraźnie były nauczone pewnych rzeczy, ale nie były też zbyt zdyscyplinowane – podjadały z koszy, jeden z nich nie miał ochoty na kąpiel w rzece, więc sobie po prostu poszedł, nie było też żadnych sztuczek czy jeżdzenia na nich. Nie widać też było nigdzie śladów ran powodowanych przez pejcze, których używa się do tresury. Ot, takie trochę udomowione słonie, które przyzwyczajone są do ludzi. Warto na to zwracać uwagę, kiedy chcecie wybrać się do jednego z tego typu miejsc – im więcej ktoś ci obiecuje w takich miejscach, tym więcej słonie muszą wycierpieć, by to zrobić. Pokaz sztuczek czy jazda na słoniu może brzmi i wygląda fajnie, ale dla już niekoniecznie jest to frajda.

Ostatnim punktem wycieczki był spływ tratwami po rzece który trwał około godziny i był całkiem ciekawym doświadczeniem. Niestety, ale to, co rzucało się w oczy oprócz przyrody, to sterty śmieci leżące tu i ówdzie na naszej trasie. Gdy wróciliśmy do Chiang Mai, postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować po mieście, wciągnąć kolację i iść spać – przed nami kolejna podróż!

Tym razem nastał dzień wyjazdu do Chiang Rai . Najważniejszym celem podróży była Biała Świątynia – najbardziej charakterystyczna, wyrazista i nietypowa miejscówka, którą odwiedziliśmy w Tajlandii. Wszystko za sprawą jej koloru – jej nazwa to nie przypadek, naprawdę jest cała biała! To, co można znaleźć na terenie współnależącym do Wat Rong Khun (bo tak ona naprawdę się nazywa), również zaskakuje. Na przykład na drzewach można znaleźć wiszące głowy znanych postaci ze świata rozrywki, jest też muzeum poświęcone Ganeśi, bogowi pomyślności pod postacią człowieka z głową słonia.

Jako, iż zostało nam jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy się udać do drugiego ważnego punktu w Chiang Rai, a mianowicie do Niebieskiej Świątyni. Po raz kolejny nazewnictwo wiernie oddaje to, czego można się spodziewać – niemal cała świątynia jest koloru niebieskiego, przeszywana czasem zdobieniami koloru niebieskiego. Niestety, ale zabrakło nam czasu na zwieńczenie kolorowej wycieczki i odwiedzenie Czarnego Domu, lecz nie oznaczało to końca naszego zwiedzania. W drodze powrotnej z Niebieskiej Świątyni, za namową dziewcząt, ruszyliśmy w kierunku placu, z którego dobiegała głośno muzyka. Na miejscu zastaliśmy boiska do sepak takraw – tak się nazywa połączenie siatkówki z piłką nożną. Obok boiska znajdowała się scena i kawałek placu, na którym odbywały się zajęcia z fitnessu. Faceci oglądali sport, dziewczyny trochę się pogibały, wszyscy byli zadowoleni. Na koniec pochodziliśmy jeszcze po nocnym markecie, który miał miejsce w centrum miasta. Mnóstwo stoisk, dobre jedzenie, rozstawiona scena, a przed sceną tańce i hulańce. Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu, gdzie spędziliśmy ostatnią noc przed podróżą do Birmy. Była to też ostatnia noc z Dominikiem i Agnieszką, więc kolejnego dnia nasz skład powrócił do stanu pierwotnego.

Północ Tajlandii to miejsce, które ma naprawdę mnóstwo do zaoferowania dla osób poszukujących nowych, ciekawych doświadczeń! Wszystko, co opisałem w tym i poprzednich wpisach, możecie też obejrzeć w mojej wideopocztówce!

328 dni

Tajlandia to jeden z najpopularniejszych azjatyckich kierunków podróży w naszym kraju. Jest ku temu wiele powodów – odmienna kultura, fascynująca architektura, osobliwa kuchnia oraz (co dla wielu najważniejsze) fantastyczny klimat. Jak wyglądał nasz pobyt w tym kraju? Zacznijmy od stolicy.

Nasz pierwszy dzień w Bangkoku ciężko uznać za bardzo produktywny. Było paręnaście minut po godzinie 14, kiedy się wybudziłem, lecz wcale nie czułem się wyspany. Nie ma się co dziwić – oprócz wcześniejszych okoliczności snu nie ułatwiała klimatyzacja znajdująca się dosłownie nad moim łóżkiem, nie więcej niż pół metra od moich nóg. Włączyliśmy ją jak tylko dostaliśmy się do naszego pokoju, ponieważ nawet w późnych godzinach nocnych było bardzo duszno i gorąco. Miałem trochę problemów, żeby ustawić ją na takim poziomie, aby jednocześnie wprowadziła miłą atmosferę w pokoju i nie zmroziła mi nóg, dlatego parę razy miałem pobudki na dostrojenie temperatury. Wszystko to sprawiło, że choć na łóżko padłem po godzinie czwartej, to według zegarka spałem niecałe 6 godzin. Trochę mało, biorąc pod uwagę, że wcześniej prawie 6 razy więcej czasu spędziliśmy w podróży. Postanowiłem jednak zerwać się z łóżka wiedząc, że dalsze spanie pogorszy tylko sytuację, a przede wszystkim przedłuży okres jet laga.

Jakiś czas później, gdy reszta ekipy zdążyła już się obudzić i ogarnąć, ruszyliśmy w celu wymiany części pieniędzy na baty – walutę Tajlandii i na weekendowy targ Chatuchak. Tam zjedliśmy po raz pierwszy uliczne jedzenie w postaci pad thai, czyli jednego z najpopularniejszych (na pewno wśród turystów) dań z tego kraju. Było zarówno bardzo smaczne, jak i bardzo tanie (razem z wodą 80 batów, czyli jakieś 10 złotych).

Po napełnieniu żołądków pochodziliśmy trochę po targu. Moim celem było kupienie japonek, które co prawda kupiłem już przy pierwszym stoisku za 50 batów (6,50zł), jednak po kilkunastu minutach chodzenia w nich doszedłem ( ͡~ ͜ʖ ͡°) do wniosku, że gumowe paski nie sprawdzą się na dłuższe dystanse, dlatego też znalazłem japonki wykonane z lepszego materiału za 200 batów (25 złotych).

Po powrocie do hostelu i zostawieniu zakupów ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta. Na samym początku, przechodząc obok muzeum Siam, trafiliśmy na jakiś koncert, który zgromadził całkiem pokaźną grupę słuchaczy, skorzystaliśmy więc z okazji, aby podsłuchać jak brzmią tajskie piosenki i spróbować trochę lokalnych fastfoodów.

Dalej kierowaliśmy się w stronę Khao San – prawdopodobnie najgłośniejszej ulicy Bangkoku, przynajmniej w godzinach nocnych. Mnóstwo turystów, wymyślnych budek i stoisk, klubów i barów. Można tam udać się na imprezę, skoczyć na masaż czy zjeść smażone owady albo krokodyla z rożna, więc na brak wrażeń nie można narzekać. Było to chyba miejsce z największą ilością białoskórych turystów, jakie odwiedziliśmy w trakcie całego naszego wyjazdu. Nie zdecydowaliśmy się jednak tam zostać, ponieważ wciąż dawało nam się we znaki zmęczenie po podróży. Zamiast tego pospacerowaliśmy sobie jeszcze ulicami Bangkoku, które – w porównaniu do rozświetlonej neonami Khao San – świeciły po północy pustką.

To, co zdecydowanie rzuciło nam się w oczy, to ilość portretów przedstawiających członków rodziny królewskiej, głównie obecnego króla Tajlandii, Ramy X. Z ciekawości i chęci przekazania w tym wpisie czegoś więcej w tym temacie poszperałem trochę w Internecie i z pobieżnego przeglądania informacji wynika, że jest to pozostałość po poprzednim władcy. Rama IX był królem Tajlandii przez 70 lat (!!!) i był uznawany niemal za boga. Jego wizerunek to największa świętość – za pomazanie jego podobizny na banknocie grozi nawet więzienie! Głębsza analiza dowiodła jednak, że obecny władca ma wśród poddanych dużo gorszą reputację – ludziom nie podoba się jego rozwiązłość i ekscentryczny tryb życia. Ale nikt tego nie powie na głos, bo obraza majestatu jest surowo karana.

Koło godziny pierwszej wróciliśmy do hostelu, żeby stanąć do drugiej rundy w walce z jet lagiem. Mi poszło całkiem nieźle, gdyż zasnąłem w miarę bezproblemowo i dzięki doświadczeniu z poprzedniej nocy klimatyzacja chodziła tym razem idealnie, dzięki czemu w miarę szybko zasnąłem i na nogach byłem już przed godziną dziesiątą! Nie czekając na resztę grupy, która dalej spała, ruszyłem pozwiedzać trochę okolicę wokół hostelu. Nie było to trudne wyzwanie – co chwila można trafić na jakieś ciekawe miejsce, o świątyniach nie wspominając.

Gdy dostałem cynk, że reszta ekipy się obudziła, wróciłem do hostelu i wspólnie kontynuowaliśmy eksplorację Bangkoku. Zaczęliśmy od odwiedzenia Zlotego Buddy w Wat Mahathat, gdzie po raz pierwszy weszliśmy do świątyni. Mieliśmy wątpliwości co do krótkich spodenek męskiej części grupy, ale uprzejmy mnich wyjaśnił nam, że mężczyźni jak najbardziej mogą w nich wchodzić. Panie nogi muszą mieć zasłoniete, z wyjątkiem stóp – jest to reguła bezwględna, obowiązująca w każdej świątyni. Buty trzeba przed wejściem zdjąć.

Następnie ruszyliśmy do Wat Saket, znanej też jako Złota Góra, czyli jednej z popularniejszych świątyń znajdujących się w Bangkoku, która wzniesiona została na 79-metrowym kopcu. Wejście na szczyt prowadzą przez 344 schody. Z góry rozpościera się fantastyczna panorama miasta, więc warto zadać sobie trochę trudu, aby dostać się na samą górę. Wtedy też zniszczyły się moje japonki #2, więc resztę dnia przechodziłem w popsutym obuwiu.

Ostatnim punktem było odwiedzenie Wat Pho, czyli jednego z największych kompleksów świątyń w Bangkoku, w którym głównym punktem jest posąg Leżącego Buddy. Jest to ogromna figura – ma 46 metrów długości i 15 metrów wysokości! Sprawia on naprawdę niesamowite wrażenie – żeby w ogóle być w stanie objąć go wzrokiem, trzeba stanąć przy głowie albo przy stopach. Jako, iż do Wat Pho weszliśmy wieczorową porą, zobaczyliśmy cały obiekt podświetlony, co dawało dodatkowe wrażenia ze zwiedzania.

Ostatni dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Wielkiego Pałacu Królewskiego. Trudności pojawiły się już przed wejściem do niego – co jakiś czas zaczepiali nas lokalni naganiacze, sugerujący, że powinniśmy skorzystać z ich pomocy, żeby się do obiektu dostać. Później trafiliśmy na chińską wycieczkę, za którą podążaliśmy, lecz jak się okazało później, byli już po zwiedzaniu i kierowali się do autokarów. W międzyczasie musieliśmy dokonać modyfikacji strojów – w Pałacu obowiązują dość restrykcyjne zasady ubioru, zakazujące chociażby wchodzenia w krótkich spodenkach. W końcu udało nam się znaleźć właściwe wejście. Jeszcze tylko opłata 500 batów (około 60 złotych) i byliśmy w środku.

Na miejscu jest okazja odwiedzić kompleks świątyń z Wat Phra Kaew na czele, gdzie znajduje się Szmaragdowy Budda. Oczywiście ważny jest też sam pałac, który nie jest w pełni dostępny dla turystów, jednak nawet to, co jest udostępnione, wprawia w zachwyt. Po raz kolejny zabudowa była wręcz momentami przytłaczająca od nagromadzenia jaskrawych zdobień i świecidełek, obecnych na niemal każdym budynku. Zdecydowanie dało się odczuć, że jest to jedno z najważniejszych miejsc w Bangkoku.

Wracając do hostelu dosłownie zahaczyliśmy o Chinatown, gdyż brakowało nam powoli czasu, ale nawet przez te kilkanaście minut dało się odczuć, że jesteśmy w trochę innym miejscu. Dalej był hostel, metro, pociąg i lotnisko – czekał nas lot do Chiang Mai.

Tak w wielkim skrócie wyglądał nasz pobyt w Bangkoku. Przyznaję szczerze – ciężko mi się pisze tak, aby z jednej strony przekazać jak najwięcej, a z drugiej nie przeładować tekstu informacjami. Dlatego wszelkie uwagi są tym bardziej cenne – czego powinno być więcej, co poprawić, co odpuścić itd. Na koniec drugi odcinek relacji z wyprawy od Kamila!

335 dni

Jak już zdążyłem się wcześniej pochwalić – pod koniec roku wybrałem się z grupką przyjaciół na trwającą łącznie 31 dni wyprawę do Tajlandii, która była na naszej liście od dawna, oraz leżącej obok Birmy, zahaczając przy okazji dwukrotnie o Pekin.

Była to wyprawa tak fascynująca, pełna niezapomnianych przeżyć, urzekających krajobrazów i zachwycającej architektury, że już teraz wiem, że nie będę w stanie przedstawić słowami choćby części emocji, jakie we mnie do teraz – ponad 3 tygodnie później – wciąż tkwią. Jest to doświadczenie, które z pewnością zechcę powtórzyć i które polecam zdecydowanie każdemu.

Była to też wyprawa intensywna. Momentami aż za bardzo. Już od pierwszych dni żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko miesiąc, dlatego będąc już na miejscu staraliśmy się wycisnąć z naszego pobytu jak najwięcej. Żeby dać do zrozumienia poziom naszego tempa, posłużę się kilkoma liczbami:

  • W trakcie całej podróży lecieliśmy samolotem 8 razy, z czego pięć z nich odbyło się w ciągu ostatnich 8 dni,
  • W sumie rezerwowaliśmy noclegi w 14 miejscach, głównie hostelach. Do tego dochodzą 4 nocne podróże autobusem, spanie na lotniskach, dworcu autobusowym i w klasztorze mnichów,
  • Według wskazań mojego zegarka pokonaliśmy na nogach ponad 450 kilometrów. Tylko w ciągu pięciu dni krokomierz wyliczył dystans krótszy, niż 10 kilometrów, w tym pierwszego i ostatniego dnia, kiedy to spędzaliśmy w samolocie każdorazowo ponad 8 godzin,
  • Odwiedziliśmy w sumie 12 miejscowości oraz okoliczne miejsca,
  • Zrobiłem w sumie 685 zdjęć i 1094 nagranń trwających w sumie 4 godziny i 40 minut.

Całą naszą wyprawę można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to zwiedzanie Tajlandi, gdzie skoncentrowaliśmy się na Bangkoku i północy kraju; druga to podróż przez Birmę i jej najważniejsze turystcznie miejsca; trzecia zaś to powrót do Tajlandii na kilka dni w celu zakosztowania rajskiego klimatu, jaki oferuje wyspa Koh Phi Phi. Każdy z tych trzech etapów był unikalny i dawał inne spektrum doświadczeń i nawet nie próbuję ocenić który z nich był najlepszy, bo jest to zwyczajnie niemożliwe.

Jak się to wszystko zaczęło?

Zacząć trzeba od tego, że na Tajlandię zapatrywaliśmy się już od kilku ładnych lat. Nie ma się co dziwić – jest to kierunek wychwalany przez niemal każdego, kto się tam wybrał, kuszący swym orientalnym charakterem. Dokładnego przebiegu wydarzeń teraz nie odtworzę, ale po prostu w trakcie dyskutowania na temat najbliższych planów wyjazdowych ktoś rzucił po raz wtóry Tajlandię, część osób zmotywowała się tak bardzo, że zaczęli szukać najlepszych cenowo połączeń lotniczych i okazało się, że trafiła się jedna ciekawa oferta – w dwie strony z Warszawy do Bangkoku, z trwającymi kilkanaście godzin przesiadkami w Pekinie na obydwu kierunkach, w terminie 15.11 – 16.12 liniami Air China za 1750 złotych. Postawieni przed tymi faktami nie mieliśmy wyjścia – rezerwujemy!

Decyzja została podjęta w okresie wakacyjnym, było więc dużo czasu, aby przemyśleć plan podróży, Już na wstępie zakładaliśmy rozbicie pobytu w Tajlandii na część podróżniczo-wycieczkową, w trakcie której mieliśmy skupiać się na eksploracji nowcyh miejsc i wakacyjno-rekreacyjną na wyspach, aby posmażyć się na słońcu i pomoczyć w cieplutkiej wodzie morskiej. W międzyczasie Dorota, która w zasadzie przejęła dowodzenie, zaproponowała uwzględnienie Birmy na naszej trasie. Długo nas nie trzeba było namawiać – kilka zdjęć znalezionych w Internecie w zupełności wystarczyło.

Przygotowania do wyjazdu

Przed wybraniem się w taką podróż warto się zawczasu odpowiednio do niej przygotować, aby na miejscu czekało na nas jak najmniej niespodzianek. Dobrze jest zacząć od zweryfikowania informacji dotyczących prawa wjazdowego w każdym z krajów. Na przykład nasza wizyta w Pekinie czy nie wymagała wcześniejszego aplikowania o wizę – można na miejscu uzyskać bezpłatnie 24 lub 144-godzinną „przepustkę” tranzytową, pozwalającą na opuszczenie lotniska. Z Tajlandią również było łatwo – tam bez wizy można przebywać przez trzydzieści dni.

Birma wymagała już od nas nieco więcej uwagi przed podróżą, gdyż wymagane jest najpierw wypełnienie wniosku o wizę turystyczną. Najwygodniej jest to zrobić przez stronę internetową nie wcześniej, niż trzy miesiące przed datą przybycia. Wymagane też jest wskazanie miejsca, z którego będzie się wkraczało na teren Birmy, więc spontaniczna wizyta raczej nie wchodzi w grę. Jest to istotne tym bardziej, że sugerowany czas oczekiwania na uzyskanie zgody wynosi do trzech dni, choć w naszym przypadku trwało to niecałą dobę. Oprócz tego wystarczy już tylko przygotować plik ze zdjęciem paszportowym oraz dokonać opłaty w wysokości 50 dolarów, by po paru dniach uzyskać na wskazany adres mailowy zgodę na otrzymanie wizy. Dokument ten trzeba okazać na wskazanym przejściu granicznym w ciągu 90 dni, dlatego też wcześniej nie ma w ogóle sensu wchodzić na tę stronę. Dokument ten trzeba okazać w formie fizycznej, gdyż w innym przypadku – jak mówi informacja na stronie – „może to spowodować opóźnienie w przekroczeniu granicy”. Moment przybicia pieczątki w paszporcie oznacza otrzymanie wizy turystycznej, która pozwala na przebywanie na terenie Birmy przez 28 dni.

Oprócz tego podjąłem decyzję o zaszczepieniu się przeciwko durowi brzusznemu i wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A. Jak się po czasie okazało, nie był to wystarczający zestaw. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mawia Bogusław Wołoszański. Wszyscy uzbroiliśmy się również w karty wielowalutowe – ja w Kantorze Alior Banku, reszta poprzez Revoluta. Dzięki temu nie musieliśmy brać ze sobą za wiele gotówki na zapas, gdyż dzięki tym kartom można płacić w sklepach i wypłacać z bankomatów po bardzo dobrych kursach w niemal każdej walucie. Gotówka przydała nam się tylko na pobyt w Chinach i na pierwsze chwile w Tajlandii i Birmie.

Pakowanie odbywało się w sposób raczej standardowy – trochę ubrań, ręcznik, mały śpiwór, podstawowe leki i kosmetyki, coś do przekąszenia, dokumenty. Warto rozważyć wzięcie ze sobą kremu z filtrem UV oraz środka na komary – co prawda można je dostać zarówno w Tajlandii, jak i w Birmie, ale tam kosztują trochę więcej. Dobrym pomysłem było też wzięcie kart do gry oraz głośnika Bluetooth, które umilały nam wieczory. Kamil zaś zabrał ze sobą drona, dzięki czemu mógł zrobić mnóstwo fajnych zdjęć i nagrań. Wszystko to do plecaka podróżnego, aby móc komfortowo przemieszczać się między kolejnymi miejscami. Jedynym niuansem były ubrania na czas pobytu w Pekinie – gdy w Tajlandii i Birmie temperatura trzymała się w okolicach trzydziestu stopni, w stolicy Chin było lekko na plusie, ale w Polsce było niewiele lepiej, więc nie stanowiło to dużego wyzwania.

Lecimy!

15 listopada o godzinie 13:10 wylecieliśmy z Warszawy, by po trwającym 8,5 godziny locie wylądować na lotnisku w Pekinie 16 listopada o godzinie 4:40 (w Pekinie jest siedem godzin wcześniej względem czasu polskiego). W cenie biletu mieliśmy możliwość nadania bagażu rejestrowanego, dzięki czemu nie musieliśmy przez cały pobyt nosić ze sobą wszystkich rzeczy. Sam lot był całkiem komfortowy – do dyspozycji mieliśmy kocyki i poduszki, przed każdym siedzeniem był wyświetlacz, na którym można było śledzić lot, pograć albo obejrzeć jakiś film, oprócz tego dostaliśmy dwa ciepłe posiłki.

Po wypełnieniu krótkiego formularza do wizy tranzytowej, zostawieniu odcisków palców i odstaniu w kolejkach byliśmy gotowi do ruszenia na Wielki Mur Chiński! Był tylko jeden szkopuł, który nam to przedsięwzięcie utrudnił. Szukając sposobów na dotarcie do Muiyntai – polecanego na wielu stronach fragmentu muru – trafiliśmy na informację o punkcie na lotnisku, gdzie istnieje możliwość wynajęcia kierowcy. Tyle tylko, że tego stanowiska nie udało nam się zlokalizować. Co prawda podszedł do nas jeden sympatyczny Chińczyk, który oferował takie rozwiązanie, ale jako, że za swoje usługi życzył sobie „delikatnie” więcej, niż wynikało to z informacji znalezionych w Internecie, podziękowaliśmy i szukaliśmy dalej. Bezowocnie. Dodatkowo nie mogliśmy za bardzo polegać na pomocy Chińczyków, gdyż ich poziom języka angielskiego ograniczał się do najbardziej podstawowych zwrotów, zaś dostęp do Internetu w Chinach jest bardzo utrudniony – lotniskowa sieć w naszym przypadku w zasadzie nie działała. Zresztą to by za wiele nie pomogło, gdyż Chiny mają swój własny Internet, a że żadne z nas nie pomyślało o zainstalowaniu VPNa w telefonie (w ogromnym skrócie jest to typ programu, który maskuje nasze połączenie internetowe), to i tak dużo byśmy nie zwojowali.

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy – nie ma co siedzieć na lotnisku, próbujemy alternatywy w postaci transferów z centrum miasta. Po przejażdzce kolejką Airport Express oraz metrem dotarliśmy do stacji Qianmen, gdzie znaleźliśmy autobus jadący do Badaling – położonego najbliżej Pekinu i jednocześnie najlepiej zachowanego fragmentu Wielkiego Muru. Oprócz nas siedzieli w autobusie sami Chińczycy, co nas delikatnie zastanowiło, ale nie na tyle, by się tym szczególnie przejąć. Zdziwienie nastąpiło, kiedy zaraz po ruszeniu na środku autobusu pojawiła się pani przewodniczka, która przez prawie całą podróż opowiadała coś po chińsku. Jeszcze większe zdziwienie przeżyliśmy, gdy pod koniec trasy podeszła do nas i z mocą translatora w telefonie wyjaśniła nam jak się na mur dostać, ile to kosztuje i o której godzinie odjeżdza autobus powrotny. Nie wiem, na ile podyktowane to było obawą, że gdzieś się pogubimy i przepadniemy, niemniej był to bardzo miły gest!

Gdy już dojechaliśmy, zgodnie z sugestiami naszej przewodniczki-opiekunki zakupiliśmy bilet na kolejkę linową i po odstaniu w kolejce w końcu trafiliśmy na Wielki Mur Chiński! Ujrzeć na własne oczy ten niekończący się pas to coś niesamowitego – niemal można uwierzyć, że naprawdę jest widoczny z kosmosu. Szybko jednak przyszła refleksja, że jest on bardzo… wąski! Nie wiem, czy to kolejny nieszczęśliwy element naszej chińskiej wycieczki, czy tak jest zawsze, ale trafiliśmy na całe tłumy Chińczyków. Było ich naprawdę sporo – mijanki i slalomy mieliśmy niemal dosłownie co krok. Co ciekawe, osoby o nie-chińskiej aparycji w trakcie naszej wizyty można było policzyć na palcach obydwu dłoni. Nie przeszkodziło nam to jednak w podziwianiu jednego z siedmiu nowych cudów świata!

Po spędzeniu niecałej godziny zjechaliśmy kolejką z muru i ruszyliśmy w podróż powrotną na lotnisko. Tam skorzystaliśmy z darmowego salonu tranzytowego, aby się trochę rozgrzać, odpocząć i przygotować do lotu do Bangkoku. Wystartowaliśmy o godzinie 19:55 i po pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy o północy w Bangkoku (kolejna zmiana czasu, tym razem tylko godzina do tyłu). Przejście przez kontrole i odebranie bagażu poszło bardzo sprawnie, więc szybko złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się do naszego hostelu, w którym mieliśmy spędzić trzy noce. Na nasze nieszczęście recepcjonista pojawił się dopiero po godzinie od naszego przybycia, kiedy to wrócił z drzemki, więc do naszego pokoju trafiliśmy dopiero po czwartej nad ranem, co oznacza, że dokładając czas na rozpakowanie się i prysznic do pierwszego porządnego snu położyliśmy się o godzinie piątej nad ranem, czyli 34 godziny od wylotu z Warszawy…

Tak wyglądały nasze pierwsze dni tej wyprawy. Jeżeli udało ci się dotrwać do końca – podziel się wrażeniami z lektury! Jeżeli zaś czujesz niedosyt lub wręcz przeciwnie – nie chciało ci się tego wszystkiego czytać, poniżej znajdziesz pierwszy odcinek relacji z podróży od Kamila.

346 dni

Jeżeli szukasz miejsca, w którym będziesz mógł przeżyć w sposób wyjątkowy przywitanie nowego roku, powinieneś zdecydowanie skierować swój wzrok na stolicę Madery.

Funchal jest niewątpliwie miejscem fascynującym, pełnym urokliwych miejsc. Jest to też miejsce, do którego na ostatni dzień w roku przybywa dziesiątki tysięcy turystów! Znakomita większość z nich przybywa na pokładach statków wycieczkowych – w ubiegłym roku do Funchal przybiło łącznie 10 tego typu statków, którymi podróżowało dwadzieścia pięć tysięcy pasażerów i 9000 członków załogi, czyli łącznie 34 tysiące osób! Tylko dwa z nich zostały całą noc w porcie; pozostałe osiem zatrzymały się na otwartych wodach blisko miasta, by kilkanaście minut po północy kierować się w dalszą podróż.

Co sprawia, że Madera jest tak atrakcyjnym miejscem w trakcie Sylwestra? Niewątpliwie wielka zasługa w tym zapierającego dech w piersiach pokazu sztucznych ogni, który od wielu lat jest stałym elementem witania nowego roku na tej wyspie. Kiedy zegary wybiją północ, Funchal zostaje dosłownie otoczone blaskiem petard i fajerwerków, które są odpalane z kilkudziesięciu miejsc jednocześnie, tworząc niesamowity, trwający łącznie osiem minut spektakl. Jest to wydarzenie na tyle wyjątkowe, że pierwszy taki pokaz z przełomu 2006/2007 został zapisany do Księgi Rekordów Guinessa jako największy pokaz sztucznych ogni. W tym czasie z 31 stanowisk naziemnych i 6 nawodnych wystrzelono 17 ton materiałów wybuchowych w postaci ponad 660 tysięcy fajerwerków! Pokaz ten jest od tamtej pory powtarzany z podobną pompą i mimo, iż w 2012 roku Kuwejt odebrał Maderze ten tytuł, to wciąż można być pewnym, że show w Funchal będzie każdego roku równie wyjątkowy!

Źródło zdjęcia: travel-to-madeira.com

Warto wtedy znaleźć odpowiednio wcześniej dobre miejsce do obserwacji, co może stanowić nie lada wyzwanie, gdyż przestrzeń na najważniejszych punktach widokowych potrafią być zajmowana już od samego rana. Wiele osób decyduje się również na oglądanie pokazu z centrum miasta, gdzie przed północą tłumy opuszczają domy, hotele czy restauracje, by udać się w kierunku placu miejskiego lub promenady w celu podziwiania wybuchowego spektaklu. Można też rozważyć oglądanie pokazu z oceanu – wiele firm organizujących na co dzień rejsy katamaranami i mniejszymi statkami przygotowuje specjalną ofertę na sylwestrową noc. W tym przypadku zwłoka rownież nie jest wskazana, gdyż miejsca rozchodzą się bardzo szybko!

Gdy wybije północ, warto chociaż na chwilę oderwać się od hipnotyzującego pokazu, aby w trakcie dwunastu uderzeń zegara zjeść dwanaście winogron (lub rodzynek) i pomyśleć życzenie przy każdym z nich – w ten sposób zapewnisz sobie pomyślność w nadchodzącym roku. Bardzo wskazane jest też posiadanie w tym czasie pieniędzy w kieszeni, dzięki czemu nie zabraknie ich przez cały rok. Sam pokaz fajerwerków to nie tylko rozrywka, ale również sposób na to, aby przepędzić i odstraszyć złe duchy krążące po wyspie!

Źródło zdjęcia: madameedith.com

Samo Funchal w ostatnie dni w roku tętni życiem – w zasadzie każdego dnia można wybrać się na jakiś koncert lub spektakl, między innymi koncert Orkiestry Madery, który ma miejsce ostatniego dnia roku w pobliżu portu. Avenida Arriaga, jedna z głównych ulic miasta, zapełniona jest kramikami, w których można kosztować lokalne specjały. To wszystko, w połączeniu z bożonarodzeniowymi iluminacjami i ozdobami sprawia, że na koniec grudnia i początek stycznia stolica Madery jest niewątpliwie miejscem z niepowtarzalnym, magicznym klimatem.

Jeżeli za rok będziesz zastanawiał się nad miejscem powitania nowego roku, zdecydowanie rozważ Maderę i Funchal – jest to jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc, w którym można być w Sylwestra i Nowy Rok.

356 dni

Nie da się opowiadać o Maderze bez chociażby jednokrotnego wspomnienia o lewadach. Jest to na tyle ważny element tej wyspy, że nie wybrać się na jedną z nich to jak pominąć Big Bena, Tower Bridge albo pałac Buckingham w trakcie wizyty w Londynie.

No dobra, tylko czym są te lewady?

Lewada (od portugalskiego levar, które oznacza m. in. „nieść”) to dość imponująca i zmyślna sieć kanałów rozsianych po niemal całej wyspie, których zadaniem było dostarczanie wody z wyższych partii wyspy do niżej położonych lądów zagospodarowanych pod uprawę trzciny cukrowej na południowej części wyspy. Są one bardzo ważne dla funkcjonowania mieszkańców, gdyż bez nich pola uprawne, ze względu na ukształtowanie wyspy, która jest pełna stromych zboczy, były trudne do odpowiedniego nawodnienia.

Pierwsze wzmianki o lewadach można odnotować już w XV. wieku, czyli niedługo po osiedleniu się pierwszych ludzi na Maderze, przy czym większość źródeł mówi o rozpoczęciu budowy pierwszej z nich w XVI. wieku. Czasami zbudowanie fragmentu lewady było trudnym zadaniem, wymagającym niejednokrotnie prac przy urwiskach albo przebijania się przez skały w celu wydrążenia tuneli! Równolegle z kanałem często tworzono ścieżkę dla levadeiros – pracowników odpowiedzialnych za konserwację i naprawę lewad, aby mogli szybciej i łatwiej dostać się do pożądanych fragmentów kanałów.

Ostatnie lewady oddane do użytku zostały zbudowane w latach siedemdziesiątych XX. wieku, dzięki czemu Madera może się pochwalić siecią ponad 200 lewad, choć co do ich całkowitej długości nie ma jednoznacznych informacji – wiele źródeł podaje 1400 lub 2500 kilometrów, można też trafić na liczby przekraczające trzy tysiące kilometrów. Taką wartość podaje na przykład strona UNESCO – w 2017 roku lewady uzyskały swoją „kandydaturę” do pojawienia się na liście Światowego Dziedzictwa tej organizacji. Byłyby wtedy drugim takim elementem wyspy, obok lasów wawrzynowych, które wpisane zostały do tej listy w 1999 roku, a przez które niektóre z lewad przebiegają.

Dopiero od kilkudziesięciu lat ścieżki biegnące wzdłuż lewad mają tak wielką popularność. Najpierw zaczęli korzystać z nich mieszkańcy wyspy, którzy zaczęli odkrywać, że niektóre ze szlaków są dobrą alternatywą do przemieszczania się między poszczególnymi miejscowościami lub punktami na wyspie. Dopiero rozwój turystyki na Maderze, która zaczęła się prężnie rozwijać w latach siedemdziesiątych sprawiła, że na lewadach zaczęło robić się coraz tłoczniej i stały się jednym z obowiązkowych elementów wizyty na wyspie.

Czemu są one tak popularne?

Myślę, że nie będzie z mojej strony przesadnym twierdzenie, że lewady same w sobie stanowią jedynie dodatkowy element widokowo-historyczny do szlaków, które wzdłuż nich prowadzą. To, co urzeka najbardziej, to bogactwo krajobrazów, które potrafią się zmieniać niekiedy z każdym pokonanym kilometrem! Przede wszystkim wrażenie robi niesamowita ilość i różnorodność roślinności – można trafić na wspomniane wcześniej lasy wawrzynowe, by później przejść przez wąską na kilkadziesiąt centymetrów ścieżkę prowadzącą obok urwiska i wyjść na pola uprawne.

Bardzo często trasy biegnące wzdłuż lewad mają odbicia prowadzące do zapierających dech w piersiach punktów widokowych albo niesamowitych dzieł natury jak na przykład wodospad Risco, który można podziwiać zarówno z dołu, docierając do punktu 25 Źródeł, lub też z góry, przemierzając trasę do Lagoa do Vento, gdzie po drodze (lub lekko poza drogą) można trafić na fantastyczne jeziorka i oczka wodne.

Czasami, zerkając do wody płynącej w lewadzie, można też natknąć się na pływające w niej pstrągi. Nie pływają tam przypadkiem – są one hodowane w Ribeiro Frio i wpuszczane do lewad, aby „filtrować” wodę z mniejszych organizmów. Stanowią też swoisty wyznacznik jakości wody – jeżeli pływające w lewadach pstrągi wykazują oznaki choroby, dokonuje się kontroli wody.

Wyprawa na przynajmniej jedną z lewad jest według mnie obowiązkowym punktem wycieczki na Maderę. W przyszłości przybliżę kilka najciekawszych tras (nie tylko wzdłuż lewad) oraz podpowiem jak się do nich przygotować.

372 dni