Kategorie
Madera Podróże

Przysmaki Madery

Maderę uwielbiam z wielu powodów, a jednym z nich jest jej smak. W tym wpisie przybliżę to, co pod względem kulinarnym jest według mnie na tej wyspie najbardziej warte uwagi.

Już pierwszy wieczór na Maderze minął pod znakiem nowości, gdyż zostałem zabrany do jednego z lokalnych barów „Virtú’s Bar„, gdzie na dużego głoda zostało mi zarekomendowane Prego. Jest to swojska wariacja hamburgera, w której zamiast kotleta serwowany jest grillowany stek włożony wewnątrz regionalnego pieczywa Bolo do Caco, które przyrządza się na bazie mąki i batatów. Jest ono płaskie, okrągłe i najczęściej zaraz po wypieczeniu krojone na pół i smarowane wewnątrz masłem czosnkowym (choć można trafić też na warianty słodkie, wypełniane chociażby Nutellą). Prego Especial, które wybrałem, to wydanie wzbogacone o dodatkowe składniki, najczęściej o ser, szynkę, sałatę i pomidora. Jak to swojski hamburger, można go dostać w niemal każdym lokalu na wyspie w naprawdę dobrej cenie.

https://www.madeiramazing.com/wp-content/uploads/2018/07/prego-especial-madeira-steak-sandwich-1.jpg
Prego Especial. Źródło: madeiramazing.com

Drugi lokalny rarytas, jakim zostałem uraczony tego wieczoru, to również obecny w każdym barze drink Poncha, który jest tak samo dobry, jak mocny, zaś jego przygotowanie to będący gratką dla oczu mini-rytuał. Jego podstawą jest Aguardente (można przetłumaczyć na polski język jako ognista woda) – rum zawierający około 50% alkoholu wyrabiany z trzciny cukrowej (która niegdyś była „białym złotem” i głównym bogactwem Madery). Pozostałe główne składniki to miód i wyciśnięty sok z pomarańczy i cytryn. Wszystko to wlewa się do wysokiego dzbanka i pieczołowicie miesza specjalnie do tego przeznaczonym caralhinho, po czym rozlewa do małych kieliszków przypominających kieliszki do koniaku. W przypadku ponchy występuje wiele wariantów różniących się dodawanym sokiem – wśród turystów na przykład popularna jest poncha z dodatkiem soku z marakui, zaś wśród rybaków z Câmara de Lobos rządzi Poncha à Pescador – rybacka poncha, która składa się wyłącznie z aguardente i soku z cytryny, będąca (przynajmniej ich zdaniem) idealnym sposobem na ochronę przed przeziębieniem. Zwykle barach do ponchy (lub piwa) podaje się zagryzkę w postaci orzeszków lub łubina.

https://i.pinimg.com/600x315/2b/88/10/2b88106b63a9d377d7a2b28b23ff706e.jpg
Poncha oraz caralhinho. Źródło: pinterest.com

W tym miejscu czuję się w obowiązku przestrzec przed kupowaniem butelkowanej ponchy, którą można znaleźć w sklepach! Jest ona zwykle dość droga nawet w porównaniu z cenami w barach, lecz jej największym grzechem jest zmiana jej składu wynikająca z konieczności wydłużenia terminu do spożycia, co najczęściej oznacza porzucenie naturalnego soku z cytrusów na rzecz chociażby koncentratów i nierzadko dodaniu substancji konserwujących, które wpływają niekorzystnie na jej smak. Dlatego też jako alternatywę osobiście gorąco polecam kupić butelkę aguardente, by później samodzielnie przyrządzać ponchę według własnych preferencji względem proporcji i doboru owoców, zaś dokupując dodatkowo caralhinho możesz samodzielnie odtworzyć cały rytuał – zapewniam, że w ten sposób dużo bardziej zaintrygujesz tych, których będziesz nią częstował!

Wino Madera z winnicy Blandy’s.

Z alkoholu dostępnego w sklepach warto za to zainteresować się winem Madera. Jest to wino likierowe – w procesie produkcji dodaje się destylowanego alkoholu (zwykle spirytus z trzciny cukrowej) w celu przedłużenia procesu fermentacji, dzięki czemu kilkaset lat temu trunek ten mógł przetrwać wielotygodniowe podróże w statku na kontynent. Szybko odkryto, że tak „zabezpieczone” wino nie tylko dobrze znosiło długi czas transportu pod pokładem, gdzie panowały bardzo wysokie temperatury, a wręcz nabierało bogatszego smaku po dotarciu na miejsce. Obecny postęp technologiczny pozwala na przemieszczanie się na wodach dużo szybciej, więc warunki panujące pod pokładami statków imituje się obecnie w specjalnych pomieszczeniach zwanych estufas, w których utrzymuje się temperaturę w okolicach 30-40 stopni Celcjusza – taka, jaka panowała pod pokładami statków. Wszystko to sprawia, że wino z Madery nie jest zwykłym winem i serwuje się je raczej jako zwieńczenie posiłku – nawet wytrawne odmiany mają w sobie wyczuwalną słodycz, zaś zawartość alkoholu może niekiedy przekraczać nawet 20%. Na sklepowych półkach można znaleźć butelki z różnych „kategorii wiekowych” – od najpowszechniejszych trzyletnich do takich, które leżakowały w beczkach 20 lat. Jeszcze lepiej ma się sprawa, kiedy uda się na wycieczkę do jednej z tutejszych winiarni – znaleźć tam można nawet wino zakorkowane w XIX wieku!

https://broganabroad.com/wp-content/uploads/2019/06/Mercado-dos-Lavradores-Funchal-Madeira.jpg
Stoisko z owocami w Mercado Dos Lavradores. Źródło: broganabroad.com

Następne dni mijały na odkrywaniu kolejnych fantastycznych smaków, choć muszę przyznać, że to właśnie wspomniane wyżej prego i poncha stanowiły podstawę prawie każdego wyjścia na miasto. Do codziennych przysmaków mogę też dołożyć całą gamę marakui – owocu, który można określić wizytówką Madery. Występuje on na wyspie w wielu różnych odmianach i oprócz najpopularniejszej fioletowej można też znaleźć marakuję bananową, pomidorową, cytrynowa… ponoć wszystkich rodzajów tego owocu można znaleźć aż 28, choć osobiście udało mi się spotkać około 10 z nich. W każdym razie jest jej bez liku i jest składnikiem dużej części deserów czy słodkich dań serwowanych w restauracjach.

https://www.madeira-holidays.eu/wp-content/uploads/2013/09/delicious-fruit-madeira.jpg
Monstera. Źródło: madeira-holidays.eu

Dużą ciekawość wzbudza też anona, która wygląda jak przerośnięte, łuskowane jabłko, zaś miąższ wzbudza skojarzenia z gruszkowatym budyniem. Jeszcze więcej uwagi przyciąga monstera, zwana często banano-ananasem, która podobnie, jak anona, z wyglądu przypomina ogromnego banana z łuskami, w smaku zaś przypomina – a jakże! – kombinację ananasa z bananem. Najpowszechniejszym owocem Madery jest jednak banan, którego plantacje ciągną się niemal przez cały południowy brzeg. Nie są to jednak te same banany, które znaleźć można w polskich sklepach – na Maderze są one mniejsze i słodsze. Podobnie, jak marakuja, jest często obecny w różnych potrawach, z czego najciekawsza jest jego obecność na talerzu razem z….

https://www.thisismadeiraisland.com/wp-content/uploads/2019/01/anonas.jpg
Anona. Źródło: thisismadeiraisland.com

Espada Preta, czyli po naszemu Pałasz Atlantycki, to kolejny gastronomiczny symbol wyspy. Ta niezbyt urodziwa ryba nie jest zbyt łatwa do odłowienia – normalnie żyje na głębokościach w okolicach tysiąca metrów p.p.m. i dopiero w nocy, kiedy przychodzi pora na żer, wypływa na mniejsze głębokości, dając rybakom możliwość połowu. Po odpowiednim przygotowaniu jej mięso jest bardzo smaczne i delikatnie, niemal rozpływające się w ustach. Serwowana jest najczęściej w towarzystwie pieczonego banana, choć można też znaleźć ją z dodatkiem chociażby musu z marakui – w takim właśnie formacie miałem okazję jej spróbować w restuaracji Beira Mar w miejscowości Calheta i zdecydowanie polecam ją każdemu, kto będzie w tej okolicy, choć wiele innych jadłodajni i restauracji podaje ją w takiej odsłonie. Zdecydowanie warto chociaż raz posmakować tej ryby, gdyż powszechnie dostępna jest tylko na Maderze.

https://images.fineartamerica.com/images/artworkimages/mediumlarge/3/espada-preta-the-black-scabbard-fish-dave-williams.jpg
Espada preta. Źródło: fineartamerica.com

Oczywiście Espada, mimo swojej rangi, to zaledwie ułamek bogactwa, które mają do zaoferowania wody Madery. Ocean pełny jest przeróżnych odmian ryb i owoców morza i niemal zawsze ma się pewność, że to, co dostaniesz na talerzu będzie świeże. Na szczególną wzmiankę zasługują jednak lapas, czyli po naszemu skałoczepy – mięczaki podawane z roztopionym masłem i cytryną, które są często serwowane jako przystawka przed daniem właściwym. Innym popularnym daniem jest caldeirada, czyli zupa rybna, tej jednak nie zdarzyło mi się spróbować – nie jestem wielkim fanem zup, poza tym zawsze znalazło się coś brzmiącego smaczniej.

https://alchetron.com/cdn/espetada-3982d244-8791-4cae-9f43-fd4c55e0f6b-resize-750.jpeg
Espetada. Źródło: alchetron.com

Kolejna wizytówka kulinarna wyspy to Espetada. Nazwa nie jest związana z konkretnym daniem, lecz bardziej ze sposobem przyrządzania go i w wielkim skrócie jest to portugalska wariacja szaszłyka. Na Maderze są to najczęściej pokrojone w kostki i oprószone przyprawami (głównie kombinacją soli, pieprzu, liści laurowych i czosnku) pieczone kawałki mięsa wołowego, choć da się też znaleźć alternatywy w postaci kurczaka lub owoców morza. Zgodnie z tradycją mięso powinno być nadziane na patyk z drzewa laurowego, lecz z oczywistych względów w większości lokali stosuje się obecnie metalowe pręty, które można zawiesić na specjalnym stojaku, dzięki czemu łatwiej jest ściągnąć mięso na talerz, choć i tak trzeba do tego trochę wprawy – za pierwszym razem bałem się, że przewrócę całą konstrukcję albo wszystkie kostki wypadną mi za stół. Bezapelacyjnie najlepszym miejscem, by spróbować tego dania, jest restauracja Viola w Câmara de Lobos, która w zasadzie nic innego nie serwuje. Nie warto jednak wybierać się tam w weekend – wtedy lokal przejmują mieszkańcy wyspy i trzeba liczyć się z baaardzo długimi kolejkami.

https://ncultura.pt/wp-content/uploads/2020/03/Bolo-de-mel-da-Madeira.jpg
Bolo de mel. Źródło: ncultura.pt

Madera słynęła niegdyś z upraw trzciny cukrowej, nie powinno więc dziwić, że po uzyskaniu „białego złota” w postaci cukru znaleziono sposób na to, by wykorzystać powstałą w procesie rafinacji melasę. To właśnie ona jest głównym składnikiem tradycyjnego ciasta bolo de mel, które w smaku i wyglądzie jest bardzo podobne do naszego piernika z dodatkiem orzechów i rodzynek. Inny popularny deser, idealny do kawy to chociażby pastel de nata, czyli budyniowe babeczki z ciasta francuskiego. Oczywiście istnieje też cała gama ciast z dodatkiem marakui czy bananów.

https://portugalinews.eu/wp-content/uploads/2018/11/pasteldenata.jpg
Pastel de nata. Źródło: portugalinews.eu

Na specjalną wzmiankę zasługuje również Dolina Zakonnic, która oprócz niepodważalnego piękna ma do zaoferowania również swoją kulinarną specjalność – kasztana jadalnego. Można odnieść wrażenie, że jest on serwowany w każdej formie, począwszy od samych prażonych kasztanów, przez kasztanowe wariacje popularnych deserów, jak kasztanowe pastel de nata czy queijadas – bułki z serem (oraz kasztanem oczywiście!), na likierze z kasztana kończąc.

Z pewnością nie wymieniłem w tym tekście wszystkich specjałów Madery, jednak wymienione wyżej rzeczy najbardziej kojarzą mi się z tą wyspą. Ach, jak bardzo chciałbym tego wszystkiego spróbować ponownie!

60 dni

Kategorie
Majorka Podróże

Magiczna Majorka

Jeśli zrobić sondę uliczną z pytaniem „na którą wyspę Hiszpanii chce pan/pani się wybrać?”, z pewnością wśród najczęstszych odpowiedzi będzie Majorka. Nie ma w tym nic dziwnego – ta największa wyspa Balearów ma do zaoferowania tak wiele, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie!

Majorka to mająca 3640 km² powierzchni wyspa pełna miejsc do odwiedzenia. Spędziłem na niej 7 miesięcy, a mimo to wciąż znajdują się miejsca i zakamarki, do których w tym czasie nie udało mi się dotrzeć, dlatego też jeden tygodniowy wypad to zdecydowanie za krótko, by móc w pełni skorzystać z tego, co ma do zaoferowania. Jak już wspomniałem, każdy znajdzie coś dla siebie, bez względu na to, w jaki sposób lubi spędzać czas.

Plaża w Sa Calobra

Historycznie Majorka to miejsce, o które często toczono batalie. Pierwsi zamieszkali tutaj Fenicjanie, później między innymi Grecy, Rzymianie, Wandale, Arabowie, by ostatecznie w XIII wieku w wyniku rekonkwisty trafić w panowanie ludów Aragonii, która obecnie jest częścią królestwa Hiszpanii. Sprawiło to, że język kataloński jest jednym z języków urzędowych i stanowi ważną część tożsamości majorkańczyków. To dlatego często trafić można na niehiszpańskie nazwy takie, jak Puig Major, najwyższy punkt wyspy o wysokości 1445 m.n.p.m. czy Nit de Foc, czyli noc ognia. Jakby tego było mało, wyspa ta była często celem pirackich podbojów, przez co duża część miejscowości była zakładana kilka-kilkanaście kilometrów za linią brzegową w celu uniknięcia lub przygotowania się do ich ewentualnych ataków. Z tego powodu można trafić na wiele miejscowości, które mają swoje nadbrzeżne odpowiedniki, na przykład Alcúdia i Port d’Alcúdia, Pollença i Port de Pollença i tak dalej. Warto też wspomnieć, iż w latach 1838-1839 w miejscowości Valldemossa gościł Fryderyk Chopin wspólnie ze swoją „przyjaciółką” George Sand. W miejscowości tej można odwiedzić muzeum poświęcone polskiemu kompozytorowi.

Serra de Tramuntana

Obecnie mówiąc o Majorce pod kątem turystycznym można ją podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to długie na 90 kilometrów pasmo górskie Serra de Tramuntana znajdujące się w północnej i północno-zachodniej części wyspy. Jest to główny kierunek wycieczek ze względu na przepiękne krajobrazy i pełne uroków miasteczka, wśród których najpopularniejsze to wspomniana wcześniej Valldemossa, ale również Port de Soller czy Deia. Każde z nich ma wspaniale zachowaną zabytkową architekturę, dodatkowo jedną z atrakcji jest połączenie tramwajowe między Soller a Port de Soller, które pozwala przemieszczać się między tymi miejscowościami w kolejkach rodem z początku XX wieku, mijając po drodze ogrody cytrusowe, które aż kuszą pięknymi i aromatycznymi owocami pomarańczy czy cytryny, które często są na wyciągnięcie ręki pasażerów. Serra de Tramuntana to również zapierające dech w piersiach trasy, nie tylko ze względu na wspaniałe widoki, lecz bardziej przez mocno pokręcone drogi, szczególnie fragment prowadzący do miejscowości Sa Calobra. Aby tam dotrzeć, trzeba przejechać przez tak zwany „Węzeł Krawata” (z hiszp. Nudo de la Corbata), czyli mający ponad 300 stopni zakręt. Zwieńczeniem górskich krajobrazów jest Cap de Formentor i znajdująca się tam latarnia morska, z której przy dobrych warunkach można dostrzec sąsiednią wyspę Minorkę, zaś po drodze do niej wypatrzeć kozę jedną bądź jeden tuzin.

Plaża w Cala Mesquida

Wschód wyspy to kraina urokliwych zatoczek, w których skrywają się piękne plaże. Jest ich naprawdę cała masa – przez ponad pół roku udało mi się odwiedzić mniej niż połowę z nich. Większość z nich jest raczej łatwo dostępna, do innych trzeba się dostać zostawiając samochód parę kilometrów od brzegu. Te większe i popularniejsze są chętnie odwiedzane przez przyjezdnych, na mniejsze zaś często wybierają się mieszkańcy wyspy szukający odpoczynku z dala od turystycznego zgiełku. W tej części wyspy znajdują się również naprawdę interesujące jaskinie, z czego dwie najpopularniejsze to Coves del Drach, czyli Smocze Jaskinie oraz Coves dels Hams, czyli Jaskinie Haczyków. Pierwsza z nich wzięła swoją nazwę od legendy głoszącej, iż znajdują się w niej ogromne skarby, jednak nikomu nie udało się ich zdobyć i wrócić żywo z powodu strzegącego ich smoka, druga zaś nazwę wzięła od bardzo nietypowych kształtów stalaktytów i stalagnatów, które w wielu miejscach zawijają do góry na kształt haczyków. Obydwie jaskinie skrywają podziemne jeziora, z czego w Jaskini Smoka znajduje się jedno z największych podziemnych jezior na świecie. Osobiście polecam również odwiedzić Coves d’Arta – bez jeziora, bez haczyków, bez smoka, ale przez swoje ogromne przestrzenie, pobudzające wyobraźnię formacje skalne i efekty dźwiękowe i świetlne, zrobiły na mnie największe wrażenie.

Cala Figuera

Na południu najważniejszym miejscem jest aktualna stolica wyspy, czyli Palma de Mallorca. Jest to największe miasto na Majorce, gdzie mieszka ponad 400 tysięcy osób. Znaleźć można tutaj w zasadzie wszystko – duże galerie handlowe, kina, teatry, kluby, port, lotnisko. To, co jednak najbardziej przyciąga przyjezdnych, to stare miasto, gdzie znaleźć można najwięcej zabytkowych budowli, z katedrą La Seu na czele. Ta zbudowana tuż przy brzegu świątynia robi niesamowite wrażenie z zewnątrz, jednak jeszcze większy zachwyt wzbudza od środka – wnętrze to między innymi wysoka na 44 metry wysokość sklepienia, co czyni ją jedną z najwyższych na świecie, jak również witrażowe rozety, które przy odpowiedniej porze dnia i roku rozświetlają całe wnętrze gamą świateł.

Katedra La Seu. Źródło: mallorca.com

Palma de Mallorca to nie jedyna miejscowość zachwycająca zabytkową architekturą – w zasadzie każda większa miejscowość posiada przynajmniej kilka takich uliczek połączonych placem bądź skwerem, niektóre zaś niemal w całości zachowały swój dawny układ i urok, będąc jedynie zaadaptowanymi do współczesnych potrzeb mieszkańców. Szczególnie w pamięci zapadła mi pod tym względem Valldemossa oraz Artà. W tej drugiej miejscowości warto wspiąć się na wzgórze, gdzie znajduje się sanktuarium Sans Salvador – z tego miejsca rozciąga się widok na całą miejscowość. Fani sportu powinni też odwiedzić Manacor, skąd pochodzi Rafael Nadal i gdzie znajduje się jego muzeum. Mając do dyspozycji więcej czasu warto też pomyśleć o dopłynięciu do dwóch mniejszych, sąsiadujących z Majorką wysepek – Sa Cabrera i Sa Dragonera. Każda z nich to rezerwat przyrody, dający możliwość kontaktu z naturą, a na Sa Dragonera z niezliczoną ilością jaszczurek.

Valldemossa

Warto jeszcze wspomnieć, że Majorka oferuje też co nieco dla żądnych spędzania czasu w trybie sportowym. Jednym z głównych wydarzeń sportowych jest Ironman, czyli intensywny triathlon. Fani sportów wodnych powinni kierować swoją uwagę na Port de Pollença – jest to główny spot do windsurfingu i kitesurfingu, zaś w sąsiednim Port d’Alcúdia znajduje się też wakepark. Z bardziej rekreacyjnych aktywności wyspa oferuje całą masę tras spacerowych, rowerowych czy trekkingowych.

Majorka to jeden z tych kierunków, który ma pełne spektrum atrakcji i naprawdę ciężko jest mi pomyśleć o osobie, która mogłaby z tej wyspy wrócić niezadowolona. To, co opisałem, to zaledwie część atrakcji, które można tutaj znaleźć. Zdecydowanie warto odwiedzić największą wyspę Balearów!

94 dni

Kategorie
Lanzarote Podróże

Projektant Lanzarote – César Manrique

Lanzarote to wyspa bardzo malownicza nie tylko ze względu na wulkaniczne krajobrazy. Architektura każdego miasteczka oraz wiele atrakcji turystycznych mają wyjątkowy charakter dzięki pewnemu wyjątkowemu mieszkańcowi tej wyspy.

César Manrique, bo o nim będzie ten wpis, to jedna z tych postaci, która jest mocno powiązana z danym miejscem. Jest to postać na tyle istotna dla historii współczesnej Lanzarote i jej kształtu, że nie sposób opowiadać o tej wyspie bez chociażby jednokrotnego przywołania jego imienia i nazwiska.

Ten urodzony 24 kwietnia 1919 roku mieszkaniec Arrecife od zawsze fascynował się sztuką – na tyle mocno, że w 1945 opuścił rodzinną wyspę i wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych San Fernando w Madrycie, gdzie kształtował i rozwijał swój abstrakcyjny styl twórczości, mocno inspirowany dziełami Pabla Picasso czy Henriego Matissa. W roku 1964 przeprowadził się do Nowego Jorku, ówczesnego centrum sztuki, gdzie zyskał uznanie i rozgłos na tyle duży, by uzyskać grant od Nelsona Rockefellera na swoją dalszą twórczość. To pozwoliło mu zostać w USA przez cztery lata, gdzie stworzył wiele dzieł sztukie, które wystawiane były między innymi do Catherine Viviano, jednej z bardziej prestiżowych galerii na świecie czy w muzeum Guggenheima.

źródło: centrodeartecanario.com

Do swojej rodzinnej wyspy wrócił w 1968 roku. Zauważywszy rosnące zainteresowanie turystów Wyspami Kanaryjskimi od razu zabrał się do działania, będąc jedną z głównych osób odpowiedzialnych za ostateczny wygląd najpopularniejszych miejsc odwiedzanych obecnie na wyspie, takich jak Jameos del Agua, punkt widokowy Mirador del Rio czy Park Narodowy Timanfaya. Te i wiele innych punktów turystycznych są wyjątkowe nie tylko ze względu na swój geologiczny charakter, ale także dlatego, ponieważ César Manrique był wielkim zwolennikiem ekologicznych rozwiązań i przeciwnikiem nadmiernej ingerencji człowieka w krajobraz jego rodzinnej wyspy. Uznał on, że natura stworzyła doskonałe dzieło „projektując” krajobraz Lanzarote i trzeba tworzyć architekturę, która będzie podkreślała piękno wyspy. Z tego względu wspomniane wyżej miejsca wręcz wtapiają się w otoczenie, zaś przy ich konstrukcji duży nacisk kładziono na to, by wykorzystać jak najwięcej elementów naturalnych, jak również materiałów stworzonych ludzką ręką, które w innym przypadku prawdopodobnie zalegałyby teraz na jakimś wysypisku śmieci.

Na tym jednak ambicje Césara się nie kończyły. Był on również wielkim przeciwnikiem niekontrolowanego rozwoju masowej turystyki i starał się nie dopuścić do tego, by wyspa została najeżona szpecącymi krajobraz banerami reklamowymi czy projektowanymi bez ładu i składu budynkami. Dążył on do tego, by miasteczka na Lanzarote zachowały swój tradycyjny kształt oraz wizerunek i ostatecznie dzięki jego działaniom na wyspie obowiązuje prawo budowlane pełne obostrzeń i wytycznych mających na celu zachowanie jednorodności architektury, z których najistotniejsze to możliwość budowania maksymalnie dwukondygnacyjnych budynków (z wyjątkiem Arrecife – tam budynki mogą mieć do czterech pięter) i zachowanie białego koloru elewacji oraz niebieskich, zielonych bądź brązowych okiennic. Prawo wydaje się surowe, ale dzięki temu każde miasteczko jest naprawdę urocze i malownicze. Oczywiście od tego prawa można znaleźć kilka odstępstw – na przykład Gran Hotel & Spa w Arrecife, 15-piętrowy hotel, który został zbudowany przed wprowadzeniem tych regulacji, górujący nad resztą stolicy.

Jedna z wielu „wiatrowych zabawek”. Źródło: aquaparklanzarote.es

Z tego właśnie względu César Manrique jest często nazywany architektem Lanzarote. Naprawdę trudno jest trafić na miejsce na tej wyspie, gdzie jego działalność nie odcisnęła jakiegoś piętna. Oprócz wspomnianych atrakcji i regulacji budowlanych warto dodać niezliczone rzeźby dekorujące ronda, z których według mnie najciekawsze są tak zwane wietrzne zabawki, czyli instalacje z elementami poruszającymi się pod wpływem wiatru.

Brał on też udział w projektowaniu prawdopodobnie najpopularniejszego „domu” na wyspie – LagOmar, bo tak nazywa się rezydencja, w której mieszkał egipski aktor i brydżysta Omar Sharif , została „wbudowana” wewnątrz wulkanicznej półki skalnej w typowym dla Manrique stylu architektonicznym. Nie było mu dane jednak gościć w niej zbyt długo, gdyż dosłownie kilka dni po wprowadzeniu się przegrał partię brydża, w której stawką była owa rezydencja. Aktora pokonał Sam Benady, brytyjski deweloper, który zbudował tę posiadłość i – o czym ponoć przegrany dowiedział się dopiero po skończeniu gry – sam nosił wtedy tytuł brydżowego mistrza Europy.

LagOmar. Źródło: lanzaroteguide.com

Działalność i twórczość Césara Manrique wykraczała poza Lanzarote – zaprojektował on wiele punktów widokowych na pozostałych Wyspach Kanaryjskich, jak chociażby Mirador Morro Velosa na Fuerteventurze czy Mirador de la Peña na El Hierro. Jest on również odpowiedzialny za wygląd Lago Martiánez na Teneryfie. Jego wietrzne zabawki można znaleźć na chyba każdej z Wysp Kanaryjskich. Miał też swoje trzy grosze w branży motoryzacyjnej – dostał od Seata możliwość pomalowania jednego z pierwszych modeli Ibizy, który był prezentowany na międzynarodowych targach motoryzacyjnych w Barcelonie w roku 1987, później podobną okazję dostał od BMW, otrzymując model 730i jako „płótno”. On również stworzył oficjalne logo Lanzarote oraz wypożyczalni samochodów Cicar, która ma w swojej flocie między innymi Seaty Ibiza i BMW 740i – z takimi samymi wzorami na karoserii, jakie wyszły spod ręki artysty dekady temu.

Seat Ibiza pomalowany przez Cesara Manrique

Niestety hisotria Césara Manrique nie miała szczęśliwego zakończenia – zginął 25 września 1992 w wypadku samochodowym, tuż obok jego domu w Tahiche. Ten został później przekształcony przez fundację Césara Manrique, którą założył w 1982 roku, w muzeum, zaś siedzibą samej fundacji został jego poprzedni dom znajdujący się w tej samej miejscowości, gdzie można znaleźć jego kolekcje dzieł sztuki, szkice czy niedokończone prace. Sama fundacja dalej funkcjonuje, stojąc na straży wizerunku wyspy zgodnego z wizją nieżyjącego już artysty.

Opowiadać o Lanzarote bez chociaż wzmianki o Césarze Manrique to jak nie opowiedzieć nic. Warto pamiętać o tym wizjonerskim twórcy i jego ogromnej miłości do wyspy, dzięki któremu Lanzarote jest tak piękna, spójna i unikalna.

146 dni

Kategorie
Fuerteventura Podróże

Tajemnice Willi Wintera

Jeżeli miałbym wybrać najbardziej interesujące i intrygujące miejsce Wysp Kanaryjskich, to zdecydowanie na szczycie znalazłaby się Willa Wintera – enigmatyczna budowla znajdująca się na Fuerteventurze.

Źródło: jacekantonik.pl

Znaleźć ją można w jednym z najmniej dostępnych zakątków wyspy, przy plaży Cofete. Jedynym sąsiedztwem tej willi jest znajdująca się około półtorej kilometra obok wioska Cofete, składająca się raptem z kilku domków. Poza tym od frontu ciągnie się kilometrami linia brzegowa północnej części półwyspu Jandia, z tyłu zaś góry razem z najwyższym szczytem wyspy, Pico de la Zarza, który wyrasta na ponad 800 metrów nad poziomem morza. Ze względu na lokalizację na próżno szukać tam sieci elektrycznej czy kanalizacji, zaś wyprawa do najbliższego miasta, Morro Jable, to ponad 20-kilometrowa przeprawa po mało przyjaznej trasie, pełnej wybojów i różnic wysokości. Kto mógł wpaść na tak szalony pomysł, by cokolwiek w takim miejscu budować?

Źródło: villawinter.com

Za całą intrygę odpowiedzialny jest niemiecki inżynier Gustav Winter. Z Hiszpanią był związany od 1915 roku, gdzie zaraz po zakończeniu edukacji pracował przy różnych projektach. Jego umiejętności techniczne i zdolność nawiązywania znajomości dały mu możliwość zbudowania w 1928 elektrowni w stolicy Gran Canarii, Las Palmas, co przyniosło mu duży rozgłos i uznanie wśród Kanaryjczyków. Po zakończeniu tego projektu działał dalej w Szwajcarii, by tym razem zapracować sobie na sympatię niemieckiego rządu. Wszystko to, w połączeniu z dobrymi relacjami między Niemcami a Hiszpanią pod koniec lat 30. XX wieku sprawiło, że w 1937 roku Gustav Winter miał otrzymać propozycję dzierżawy półwyspu Jandia na Fuerteventurze, gdzie z jednej strony planował rozwój przemysłowy tego obszaru, z drugiej zaś współpracował z nazistowskimi oficerami w celu ustalenia potencjalnych miejsc pod strategiczne obiekty, które miałyby służyć III Rzeszy w trakcie zbliżającej się wojny.

Źródło: villawinter.com

Po wybuchu wojny Don Gustavo (jak go nazywali później mieszkańcy wysp) był zaangażowany w wiele projektów, nie tylko na Wyspach Kanaryjskich, ale również na kontynencie – głównie na terenie okupowanej wówczas Francji i Belgii, gdzie prowadził interesy. W Madrycie poznał Elisabeth, swoją przyszłą drugą żonę, z którą wrócił na Fuerteventurę w roku 1948. Wtedy to podobno rozpoczęła się „oficjalnie” budowa jego willi. W tym samym czasie zaczął wdrażać w życie swój plan rozwoju półwyspu, który w 1941 roku został kupiony przez Dejesa de Jandia S.A. – firmę założoną przez trzech Hiszpanów, której Winter był zarządcą. Nie do końca wiadomo, co się dokładnie tam działo, gdyż droga prowadząca na półwysep była w tym czasie ogrodzona i strzeżona przez uzbrojonych ochroniarzy. Wiadomo na pewno, że Winter założył tam plantację pomidorów, tworzył studnie, miał też plan zalesienia tamtejszych gór. Mniej jasne są przyczyny eksplozji, które słyszeli okoliczni mieszkańcy przez kilka dni w 1950 roku. W roku 1962, w uznaniu zasług dla rozwoju półwyspu, Dejesa de Jandia S.A. przekazała Gustavowi prawo własności do terenu. Ten jednak nigdy nie zagrzał w swojej willi na długo, zamiast tego mieszkał w Morro Jable, które wspierał chociażby przez finansownie budowy szkoły i kościoła, zaś ostatnie kilka lat życia spędził na Gran Canarii, gdzie zmarł w roku 1971, dożywając wieku siedemdziesięciu ośmiu lat.

Źródło: globtroter.pl

Z pozoru wydawać się może, że Don Gustavo to po prostu zasłużona dla regionu ekscentryczna postać, która swoimi projektami przysłużyła się mieszkańcom Wysp Kanaryjskich. Cały jego blask skrywają jednak liczne mroczne sekrety, towarzyszące jego działaności. Wspomniane wcześniej odgrodzenie półwyspu i eksplozje to dopiero początek listy pełnej wątpliwości wokół Wintera i jego działalności. Dodać do niej można chociażby jego źródło rąk do pracy, którym miał być obóz koncentracyjny znajdujący się w miasteczku Tefia. Zagadkowy jest również porzucony obecnie pas startowy, znajdujący się na końcu półwyspu. Cień na intencje niemieckiego inżyniera rzucają również jego koneksje z rządami Hitlera i Franco, co w połączeniu z relacjami mieszkańców wysp o widzianych na wodach kanaryjskich U-Bootach podsyca podejrzenie, że dyktatorom zależało na tym, by utrzymać swoją militarną działalność na wyspach w tajemnicy. Z tego względu tak interesujący jest prawdziwy cel budowy Willi Wintera, która mogła istnieć dużo wcześniej, niż w roku 1948, kiedy rzekomo zaczęła się jej budowa…

Źródło: yougo.pl

A jak wygląda sama rezydencja? Gdy widzi się ją po raz pierwszy, z dystansu kilku kilometrów, wygląda jak zwyczajny pałacyk wzniesiony przez człowieka, który chciał mieć swój punkt wypoczynkowy wyłącznie dla siebie, z dala od innych ludzi. Gdy jednak zobaczy się willę z bliska, pewne jej elementy zaczynają wyglądać co najmniej interesująco. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duża wieża wbudowana w jeden z rogów willi, która swoim wyglądem i kształtem może budzić skojarzenia z latarnią morską. Od frontu znajduje się również duży taras dający widok na dziesiątki kilometrów brzegu, w którym znajdują się malutkie okienka. Wielu może odnieść wrażenie, że są to stanowiska strzelnicze. Zwiedzając wnętrze willi robi się jeszcze ciekawiej. Na wstępie wita nas dziedziniec z fragmentem szyn i umiejscowionym na nim wózku kopalnianego. Dodatkowo jeśli w odpowiednim miejscu przed wejściem do głównego holu tupnie się nogą, to można wyczuć i usłyszeć, że pod kawałkiem betonu jest dziura w ziemi. Wiadomo, że w podziemiach znajdują się pomieszczenia przypominające sale medyczne i cele, jednak zwykły turysta nie będzie miał okazji ich zwiedzić. Niestety…

Źródło: wikipedia.com

Nie znaczy to, że nikt nie badał tego, co tam się kryje – Pedro Fumero, którego rodzina była blisko związana z Don Gustavo, wziął sprawy w swoje ręce. Przeprowadził się tu w 2012 roku z Teneryfy, by opiekować się niszczejącą rezydencją i wspólnie z grupami badawczymi odkrywać prawdę dotyczątą tego niezwykłego miejsca, poświęcając w pełni swój czas i dorobek. Nie podjąłby się pewnie tego, gdyby nie dziadek i jego rodzeństwo sprawujące pieczę nad willą, którzy podupadli na zdrowiu i którymi Pedro musiał się początkowo zająć. W tym czasie dowiedział się również o tym, iż spadkobiercy Wintera odsprzedali wcześniej teren lokalnej firmie z branży hotelarskiej, która miała w planach przerobić konstrukcję na hotel. W połączeniu z historiami powtarzanymi przez pamiętających Don Gustavo członków rodziny o widzianych z plaży łodziach podwodnych postanowił rozpocząć próby odkrycia sekretów skrywających się w murach willi. Od 2016 pomaga mu w tym głównie hiszpański inżynier Darwin Vidal. Wspólnie odkryli wiele elementów i symboli powiązanych z różnymi formacjami III Rzeszy, jak również dowiedli istnienia podziemnych tuneli.

Źródło: casawinter.com

A jaka jest prawda? Tego na razie nie wiemy, jednak teorii na temat willi Wintera narosło przez lata co nie miara. Można więc usłyszeć na przykład, że willa to tylko fasada dla podziemnej bazy U-Bootów, które miały wpływać do niej poprzez sieć tuneli w podwodnych jaksiniach. Łodziami tymi mieli być dostarczani na przykład jeńcy wojenni, na których przeprowadzano eksperymenty. Najbardziej fascynująca jest jednak hipoteza, że willę Wintera mógł odwiedzić nawet sam Adolf Hitler, który upozorował swoje samobójstwo, by tak naprawdę w jednej z łodzi podwodnych uciec z Berlina na Fuerteventurę, aby tam dokonać operacji plastycznej i ruszyć poza Europę, w kierunku Argentyny, która miała być azylem dla nazistowskich oficjeli! Taki scenariusz był nawet obiektem śledztwa FBI zaraz po zakończeniu wojny, jednak po kilku latach, ze względu na brak wystarczających dowodów i poszlak, umorzono śledztwo.

Jedno jest pewne – Willa Wintera rozbudza wyobraźnię historyków i turystów, będąc jednym z najbardziej interesujących i tajemniczych budynków, jakie można znaleźć na Wyspach Kanaryjskich. Pozostaje mieć nadzieję, że Pedro Fumero uda się rozjaśnić mroczne sekrety Gustava Wintera i jego rezydencji.

171 dni

Kategorie
Podróże Tajlandia

Rajska Koh Phi Phi i czas powrotu – (nie)krótka relacja (cz. 8)

Wylot z Birmy oznaczał rozpoczęcie ostatniej części naszej wyprawy, czyli parodniowy pobyt na wyspie Koh Phi Phi, który miał być zwieńczeniem wojaży i czasem rajskiego wypoczynku. Oczywiście bez przygód się nie obyło…

Podróż na Koh Phi Phi zaczęła się od powrotu do Bangkoku. Jako, iż przylecieliśmy wczesnym porankiem i kolejny lot mieliśmy późnym wieczorem tego samego dnia, postanowiliśmy odwiedzić Ancient City – leżący na obrzeżach stolicy ogromny park o kształcie przypominającym granice Tajlandii, gdzie można znaleźć ponad setkę budowli, które w dużej mierze stanowią repliki nieistniejących już konstrukcji lub nowe, tworzone na wzór dawnych stylów architektonicznych. Park jest bardzo obszerny, dlatego każdy zwiedzający ma możliwość bezpłatnego wypożyczenia roweru, który jest doskonałym sposobem na sprawne zwiedzanie. Jest to punkt z największą opłatą wstępu, który odwiedzaliśmy (700 bahtów, czyli około 85 złotych), ale zdecydowanie warto – można tam spędzić cały dzień.

Wieczorem wróciliśmy na lotnisko w oczekiwaniu na lot na Phuket, gdzie spędziliśmy dwie noce. Tam nastąpiła dość nieciekawa sytuacja – port USB w telefonie się przypalił, co oznaczało, że pozostałem bez telefonu. Fakt ten, w połączeniu z poprzednimi stratami i zmęczeniem spowodowanym deficytem snu sprawił, że pierwszą noc na tej wyspie spędziłem w, delikatnie mówiąc, nienajlepszym nastroju. Na szczęście humor zaczął wracać do normy rano, by wrócić na pozytywne tory po dotarciu na plażę. Trochę doskwierał brak telefonu, bo było co fotografować i nagrywać – lotnisko w Phuket leży tuż przy plaży, co oznacza, że podchodzące do lądowania samoloty znajdują się dosłownie kilka-kilkanaście metrów nad plażowiczami. Jednak widok morskiej wody, żółciutkiego piasku i dających cień palm sprawił, że przestałem się tym aż tak przejmować i wszyscy zaczęliśmy powoli przestawiać się z podróżniczego do wakacyjnego trybu.

Kolejną noc spędziliśmy w miasteczku Phuket (tak, nazywa się tak samo, jak cała wyspa) w hostelu, który jakimś zbiegiem okoliczności znajdował się obok serwisu telefonów, więc po odkryciu tego faktu czym prędzej udałem się do niego i zostawiłem swój sprzęt, by odebrać go następnego dnia, tuż przed ruszeniem na statek płynący na wyspę Koh Phi Phi. Z lekkim bólem zostawiłem 2000 bahtów (jakieś 250 złotych), ale dostęp do aparatu i kamery był dla mnie cenniejszy.

Po trwającym około dwóch godzin rejsie dotarliśmy do Koh Phi Phi. Pierwsze, co rzuciło się nam w oczy, to klimat miejsca – w tym znaczeniu, że od razu poczuliśmy się jak w popularnym miejscu wypoczynkowym. Dużo barów, sklepów z pamiątkami, ubranych w stroje kąpielowe rosyjskojęzycznych par i tak dalej. Na szczęście nie gościliśmy w „centrum” wyspy długo, gdyż po zakupach w 7-Eleven (w którym ceny były znacznie wyższe, niż w reszcie kraju) wsiedliśmy do „wodnej taksówki”, która zabrała nas na drugi koniec wyspy. Po dopłynięciu do brzegu na suchy ląd nas i nasze rzeczy zgarnął traktor i po krótkich poszukiwaniach naszego lokum i zameldowaniu się byliśmy w naszym domku, gdzie czekały na nas trzy rajskie noce. Pierwszej nocy pospacerowaliśmy nieco po naszej „osadzie”, gdzie zjedliśmy fajną kolację i udaliśmy się na plażę nacieszyć szumem fal i rozgwieżdżonym niebem.

Następny dzień był dniem błogiego relaksu – naszym głównym zajęciem było chłonięcie żaru z nieba poprzez siedzenie pod palmami na złocistym piasku i pływanie dla ochłody w turkusowym morzu. W międzyczasie rozejrzeliśmy się jedynie za możliwościami urozmaicenia sobie następnego dnia i padło na wycieczkę łódką po sąsiednich wysepkach. Obudziliśmy się więc nazajutrz rano, by o godzinie 8:30 być płynąć już do jednej z wielu zatoczek, gdzie wskoczyliśmy sobie do wody z maskami do snorkelingu i podziwialiśmy morską faunę.

Jednym z punktów był przystanek na małpiej plaży, na której roi się od makaków. Te cwane zwierzaki kradną nie tylko serca turystów swoim uroczym wyglądem, ale też ich butelki z wodą, jedzenie i wszystko, co znajdą w torebkach czy plecakach, co mogą wymienić w ramach okupu za jakiś przysmak. Niestety jednej z małpek nie spodobało się, że oparłem rękę na kamieniu, obok którego ona siedziała, o czym dała mi wyraźnie znać rzucając się na rękę z zębami, przebijając się jednym z kłów do krwi. Dezynfekcja i prowizoryczny opatrunek na plaży, powrót do domku, telefon do ubezpieczalni i wizyta w prywatnej klinice w celu szczepienie poekspozycyjne przeciw wściekliźnie – jedno z sześciu. Od tego dnia mam mniejszą sympatię do małp.

Ostatni dzień to w pierwszej części korzystanie z ostatnich chwil rajskiego klimatu, a w pozostałej pakowanie się i kolejna podróż – tym razem już z wizją powrotu do Polski. Z jednej strony żal nam było opuszczać zarówno Koh Phi Phi, jak i Tajlandię w ogóle, z drugiej zaś zdaliśmy sobie sprawę, że byliśmy w podróży już niemal miesiąc i w tym czasie doświadczyliśmy tak wielu przygód i zobaczyliśmy tak wiele miejsc, że pierwsze dni naszej wyprawy wspominaliśmy jakby to była zupełnie inna, odrębna wycieczka, która miała miejsce bardzo dawno temu.

Popołudniem popłynęliśmy do „centrum” Koh Phi Phi, stamtąd rejs na Phuket, następnie na lotnisko i powrót do Bangkoku, gdzie spędziliśmy ostatnią noc. Jako, iż mieliśmy prawie całą dobę w oczekiwaniu na kolejny lot, ekipa z rana poszła na pamiątkowe zakupy, a ja do szpitala po kolejny zastrzyk, na który – jak się okazało – wysłany zostałem za wcześnie, co oznaczało, że powinienem go przyjąć dzień później, w Pekinie, gdzie mieliśmy kolejną przesiadkę. Wróciłem do naszego hostelu, poczekałem na współpodróżników i wieczorem ponownie na lotnisko, tym razem do stolicy Chin, gdzie wylądowaliśmy po raz kolejny we wczesnych godzinach porannych. Obyci już w procedurach szybko wypełniliśmy wizy tranzytowe, opuściliśmy lotnisko i znowu się rozdzieliliśmy – ja do szpitala, ekipa na zwiedzanie.

Na szczęście nie musiałem samotnie włóczyć się po Pekinie, gdyż udało mi się spotkać ze znajomym mieszkającym tam od kilku lat, który został moim przewodnikiem i tłumaczem. Po wizycie w szpitalu i przyjęciu drugiego zastrzyku na wściekliznę pozwiedzaliśmy trochę miasta, przy okazji mając okazję usłyszeć z pierwszej ręki jak się tu mieszka i żyje, jak wygląda mentalność przeciętnego pekińczyka, jaka jest polityka rządu itp. Przy okazji pod wieczór doświadczyliśmy pierwszego śniegu, co było sporym szokiem )(w tym termicznym) w odniesieniu do skwaru, jaki jeszcze kilkanaście godzin wcześniej spływał z tajskiego nieba.

Późnym wieczorem wróciłem na lotnisko. Na szczęście w cenie biletu mieliśmy dostęp do salonu lotniskowego, więc w całkiem komfortowych warunkach mogliśmy się zdrzemnąć w oczekiwaniu na ostatniu już lot do Warszawy. Wczesnym rankiem samolot i po ponad 8 godzinach byliśmy w Polsce. Dziwny to był moment – czuliśmy się tak, jakby wrócili z podróży trwającej jednocześnie weekend i rok. Minęło od tego czasu równo pół roku, a ja wciąż na myśl o tym czasie mam kalejdoskop emocji, który przez długi czas nie pozwalał mi w sposób zadowalający dobrać słów w tym ostatnim wpisie z (nie)krótkiej relacji.

Dlatego najwyższa pora, aby w końcu opublikować ten wpis – czasem najpiękniejsze zdania nie są w stanie opisać niektórych doświadczeń. Jedyne, co mogę napisać na sam koniec – zdecydowanie polecam każdemu przeżyć taką przygodę.

188 dni