Kategorie
Birma Podróże

Ostatnie dni w Birmie – (nie)krótka relacja (cz. 7)

Po kolejnej nocnej podróży autobusem dotarliśmy do ostatniego punktu naszej wyprawy po Birmie, czyli jej byłej stolicy – Yangonu.

Na początku mieliśmy jeszcze w planach przejazd przez aktualną stolicę kraju, czyli Naypyidaw, która pełni tę funkcję od 2005 roku. Kusiły nas wizje spaceru po kilkupasmowych autostradach ogromnej, lecz niemal bezludnej metropolii, która została zbudowana w ścisłej tajemnicy za sprawą pewnego astrologa. Cóż, jest powód, aby odwiedzić ten kraj ponownie!

Yangon, zwany też Rangun, to największe miasto Birmy – w obrębie całej aglomeracji mieszka ponad 7 milionów ludzi. Nasza wizyta w Mandalaj sprawiła, że pierwsze chwile w Yangonie nie wprawiały już w osłupienie, choć nie oznacza to, że kompletnie nic nas nie zaskoczyło.

Jako, iż byliśmy już trochę wymęczeni tempem, w jakim do tej pory się przemieszczaliśmy (a był to już 20. dzień wojaży), wykorzystaliśmy trzy dni w Yangonie na to, aby choć trochę liznąć tego, co ma do zaoferowania była stolica Birmy, ale przede wszystkim, żeby wrzucić nieco na luz i przygotować się mentalnie na to, co mieliśmy zaplanowane po opuszczeniu tego kraju.

Ale nie uprzedzajmy faktów…

Ponieważ do hostelu przyjechaliśmy wczesnym rankiem, rzuciliśmy swoje rzeczy w recepcji i udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca do zjedzenia śniadania, później zaś wybraliśmy się na poszukiwanie kawałka zieleni, na którym moglibyśmy w słoneczku powylegiwać się w oczekiwaniu na czas zameldowania. Dotarliśmy do Parku/Placu Ludowego, do którego mogliśmy wejść dopiero po uiszczeniu opłaty, ponieważ okazało się, że przez przypadek weszliśmy do tamtejszego parku rozrywki! Niezbyt nas jednak garnęło do skorzystania z którejś z atrakcji, dlatego szybko opuściliśmy ten teren i pozwiedzaliśmy resztę placu, gdzie znajdowało się dużo zieleni, rzeźby i widok na Shwedagon, czyli najważniejszą pagodę w Yangonie (i prawdopodobnie w całym kraju) – na tyle ważna, że w nowej stolicy Naypidaw znajduje się jej wierna replika! Następnie udaliśmy się do naszego hostelu, gdzie w końcu zameldowaliśmy się i udaliśmy się na drzemkę.

Jako, iż pobudka nastąpiła dość późno, mieliśmy w planach wybrać się na wieczorne zwiedzanie miasta, jednak zostaliśmy w hostelu, ponieważ miało się tam odbywać zebranie ToastMasters – wydarzenie, w którym od dawna chciałem wziąć udział. W sumie zebrało się około 20 osób z różnych stron świata, całość zaś miała być prowadzona w języku angielskim. Zajęliśmy więc miejsca i wzięliśmy udział w spotkaniu, sam zaś postanowiłem spróbować swoich sił, mając za zadanie w ciągu minuty przedstawić co według mnie stanowi o wyjątkowości świąt Bożego Narodzenia. Zdecydowanie polecam każdemu spróbować – było to zadanie dużo trudniejsze, niż sądziłem! Po wszystkim udaliśmy się do baru obok hostelu na kolację, gdzie dołączył do nas jeden z uczestników spotkania. Po miłym posiedzeniu wróciliśmy do naszej noclegowni, by zebrać siły na następny dzień.

Kolejnego dnia Dorota odłączyła się od naszej grupki na poszukiwanie dobrego miejsca na wypicie kawki i relaks z lekturą, a ja z Kamilem i Edytą postanowiliśmy trochę pospacerować po mieście. Odwiedziliśmy kolejny park, gdzie spędziliśmy trochę czasu leżakując na trawniku, następnie odwiedziliśmy parę świątyń – w tym Chaukhtatgyi, gdzie znajduje się jeden z największych posągów leżącego Buddy w Birmie (ponad 65 metrów długości) i Ngahtatgyi. Gdy zaczęło robić się późno wróciliśmy do hostelu, w którym zostaliśmy już do końca dnia – potrzeba odpoczynku była silniejsza od potrzeby nocnego zwiedzania miasta.

Ostatniego dnia ruszyliśmy ponownie na miasto, tym razem jednak mając bardziej za cel obłowenie się w suweniry i pamiątki. Było to dość interesujące z tego względu, że musieliśmy mocno kombinować z finansami – kończyła nam się gotówka, płatności kartą w Birmie nie są wciąż zbyt powszechne, a wypłata z bankomatu byłaby nieopłacalna w mniejszych sumach z powodu wysokich prowizji. Ostatecznie jednak udało nam się nabyć kilka rzeczy bez kompletnego opróżniania portfeli, więc kolejnym celem było zaspokojenie głodu. Tutaj również nie obyło się bez komplikacji – nasz pierwszy cel, czyli znane wszystkim KFC, nie respektował płatności kartą, kolejne dwa odwiedzone przez nas lokale również. W końcu udaliśmy się do miejsca odkrytego dzień wcześniej przez Dorotę, w którym nie było problemu z transakcjami bezgotówkowymi. Zbiegiem okoliczności zasiedliśmy do stolika, przy którym wisiało zdjęcie właściciela lokalu z parą prezydencką – Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewską. Stołowaliśmy się więc jak głowy Polski!

Po strawie skierowaliśmy się w stronę będącego w pobliżu Monumentu Niepodległości, które otoczone jest całym spektrum budynków z różnych stylów i okresów – Ratusz, siedziba Sądu Najwyższego, Pagoda Sule, Kościół Baptystów, nowoczesne wieżowce… Fantastyczna mieszanka. Jak się w międzyczasie okazało, w parku, gdzie znajduje się monument, tego dnia miał się odbyć festiwal światła w związku z trzecią rocznicą związania sie z japońską miejscowością Fukuoka w formie miast partnerskich, więc zgromadziło się dość dużo osób, występowała orkiestra, były różne pokazy na scenie, na koniec zaś nastąpiła iluminacja ozdób ustawionych po całym parku. Cóż za sposób na spędzenie ostatniego wieczora w Birmie! Po całym wydarzeniu wróciliśmy okrężną drogą do hostelu, zamówiliśmy taksówkę i ruszyliśmy na lotnisko, gdzie spędziliśmy ostatnią noc w oczekiwaniu na poranny lot do Bangkoku.

Jak podsumować nasz pobyt w Birmie? Ciężko to zawrzeć w kilku zdaniach. Zdecydowanie warto odwiedzić ten kraj – z pewnością przeżyjesz szok kulturowy, ujrzysz też ogromny kontrast między biednymi obszarami wiejskimi, które niemal zatrzymały się w rozwoju, a wielkimi, bliższymi nam metropoliami. Na pewno jest to miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci i do którego z chęcią wybrałbym się ponownie.

221 dni

Kategorie
Birma Podróże

Mandalaj – (nie)krótka relacja (cz. 6)

Kolejne dni w Birmie spędziliśmy odwiedzając jedną z największych miejscowości tego kraju – Mandalaj. Wizyta w nim, w porównaniu z tym, co widzieliśmy wcześniej, była niczym powrót do przyszłości.

Do Mandalaj zajechaliśmy w okolicach godziny 21, więc była to tym razem dość wczesna pora dojazdu. Jadąc z dworca autobusowego do naszego hotelu można było odczuć, że dotarliśmy do wielkiego miasta – z każdej strony zaczęły nas otaczać wysokie na kilka-kilkanaście pięter budynki, mijaliśmy sklepowe szyldy i reklamowe banery znanych nam marek, obok nas przejeżdzały lśniące nowością samochody… ogromny kontrast względem tego, co widzieliśmy do tej pory.

Pierwsze miejsce noclegowe przypominało mi trochę przybytki rodem z PRLu – spanie na podłodze u mnichów w drodze do Inle było w moim odczuciu bardziej przytulne, niż ten hotelik. Dlatego też w trakcie narady nad planem na ostatnie dni w Birmie pierwszą decyzją była zmiana lokalu na kolejną noc w Mandalay. Gdy wyszliśmy jeszcze w poszukiwaniu jedzenie, jedynym punktem dostępnym w okolicach 23 było małe stoisko rozstawione na ulicy, które w zasadzie już się powoli zwijało, ale zlitowali się nad nami i dali nam możliwość zamówić coś jeszcze. Wtedy po raz pierwszy spróbowaliśmy parathę i zasmakowała nam tak bardzo, że w kolejnych dniach odwiedziliśmy to miejsce jeszcze dwa razy.

Rankiem wybraliśmy się w rejs barką na drugą stronę rzeki Irawadi do miasteczka Mingun, które jest największą atrakcją w Mandalaj. Zarówno sam rejs, jak i opłata za wejście do miasteczka kosztuje po 5000 MMK ( w sumie 10 tys. kjatów, czyli około 25 złotych). Jest tam kilka miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić – między innymi pagoda Pahtodawgyi. Docelowo miała mieć wysokość 150 metrów, co czyniłoby ją największą pagodą i jednym z największych obiektów sakralnych na świecie. Niestety budowa zakończyła się, gdy osiągnięto wysokość „zaledwie” 50 metrów z powodu przesądności ówczesnego króla (przepowiednia głosiła, że wraz z końcem budowy pagody nadejdzie również kres królestwa). Jedno z trzęsień ziemi dołożyło do budowli „blizny” w postaci licznych pęknięć.

Na jego szczycie miał się znajdować dzwon Mingun – obecnie największy bijący dzwon na świecie (był numerem jeden aż do roku 2000 – kiedy chiński Dzwon Powodzenia pobił rekord), ważący ponad 90 ton. Jest on tak wielki, że „do środka” może bezproblemowo wejść kilka osób. Innym z ważnych miejsc w tej okolicy jest pagoda Hsinbyume, która swoją architekturą ma odwzorowywać świętą górę Meru, będącą w wierzeniach buddyjskich i hinduskich centrum Wszechświata. Swoją bielą wyróżnia się w okolicznym krajobrazie, zaś z jej szczytu można podziwiać panoramę Mandalaj. Odwiedziliśmy też kapliczkę Minguna Sayadaw – mnicha, który zasłynął między innymi z tego, że wyrecytował z pamięci 16 tysięcy stron kanonicznego tekstu buddyjskiego, co sprawiło, że zapisał się na kartach księgi rekordów Guinessa.

Po powrocie z Mingun pospacerowaliśmy trochę po Mandalaj, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do hotelu, aby przenieść swoje rzeczy do innego hostelu, który wyglądał już o niebo lepiej, niż nasz pierwszy punkt noclegowy. Następnie udaliśmy się na wzgórze Mandalaj, aby móc podziwiać zachód słońca. Niestety trochę niedoszacowaliśmy poziomu trudności tego zadania – wejście na samą górę to trasa mająca około 2 kilometry w linii poziomej i ponad 200 metrów w linii pionowej pełna świątyń i ołtarzy. Mimo, iż nogi odmawiały posłuszeństwa, brakowało tchu i umysł domagał się porzucenia tego zadania, ostatecznie udało nam się dotrzeć na najwyżej położony punkt widokowy. Co prawda nie zdążyliśmy z niego ujrzeć słońca na horyzoncie, ale sam widok Mandalaj skąpanego w pomarańczowo-różowej aurze był wystarczającym wynagrodzeniem naszego trudu. W drodze powrotnej zaczepił nas jeszcze pewien ciekawski mieszkaniec, z którym porozmawialiśmy dobre kilkanaście minut na przeróżne tematy, udaliśmy się ponownie na parathę, stając się drobną atrakcją reszty klientów przybytku i wróciliśmy do naszego nowego lokum na zasłużony odpoczynek.

Następnego dnia mieliśmy mały dylemat związany z planem zwiedzania – miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, były dość mocno rozrzucone. Ostatecznie zdecydowaliśmy się najpierw odwiedzić kilka miejsc w samym mieście, robiąc przy okazji obchód wzdłuż południowej i wschodniej ściany pałacu Mandalaj (w sumie niecałe 5 kilometrów). Dotarliśmy do pagody Kuthodaw, gdzie można znaleźć ponad 700 mniejszych kapliczek skrywających w swoich wnętrzu kamienne „strony” tekstów buddyjskich, co czyni je „największą” książką świata. W tym miejscu współpracy odmówił gimbal, którym się wspierałem przy nagrywaniu filmów.

Stamtąd wzięliśmy tuktuka na most U-Bein, leżący kilkanaście kilometrów na południe od centrum. Jest to najstarszy (wziesiony około 1850 roku) i najdłuższy (1200 metrów) na świecie most wykonany z drewna tekowego. Widząc go z zewnątrz zrobił na nas ogromne wrażenie, jednak spacer po nim już był dla mnie nieco rozczarowujący, głównie za sprawą tłumnych chińskich wycieczek, przez co czułem się gorzej, niż na sopockim molo w szczycie sezonu. Dlatego osobiście polecam najpierw odbyć spacer po nim, a następnie już będąć gdzieś poza nim znaleźć dobry punkt na zdjęcie przy zachodzącym słońcu.

Stamtąd wróciliśmy bezpośrednio do hostelu, by przygotować się do podróży do ostatniego punktu naszej wyprawy po Birmie – Jangonu, byłej stolicy kraju.

229 dni

Kategorie
Birma Podróże

Jezioro Inle i miasto świątyń Bagan – (nie)krótka relacja (cz. 5)

Po pierwszych dniach w Birmie i oswojeniu się z nową rzeczywistością, w której się znaleźliśmy, kontynuowaliśmy eksplorację tego fascynującego kraju.

Po dotarciu do Kalaw następne dwa dni spędziliśmy na trekkingu po lokalnych polach, lasach i górach w celu dostania się do miejscowości Nyaungshwe, leżącej przy jeziorze Inle. Była to świetna okazja, aby podejrzeć życie zwykłych mieszkańców kraju i podziwiać wiejskie krajobrazy.

Pierwszego dnia zostaliśmy odwiezieni razem z kilkoma innymi osobami i przewodnikiem kilkanaście kilometrów od miasteczka Kalaw (była też możliwość wyboru trekkingu trzydniowego, w trakcie której ten dystans pokonuje się pieszo, ale ze względów czasowo-finansowych zdecydowaliśmy się na krótszą wersję), by ruszyć w kierunku klasztoru znajdującego się pośrodku niczego. W międzyczasie przeszliśmy przez małą miejscowość, gdzie akurat funkcjonował lokalny rynek, a przed domami leżały całe stosy świeżo zebranych ostrych papryczek, jak również małą wioskę składającą się z kilku gospodarstw, ujrzeliśmy jak „wybija” się ziarna ze zbóż i mieliśmy przystanek na kąpiel w rzece razem z wołem.

Noc w klasztorze była również dość osobliwym doświadczeniem – ze względu na oszczędność nie korzysta się tam ze sztucznego oświetlenia (oraz, jak dopowiedział nam przewodnik, niestabilność sieci), więc kolację spożyliśmy przy świetle świeczek, nocą zaś można było obejrzeć nieskażone światłem niebo rozświetlone setkami gwiazd. Nasz przewodnik spędził z nami wieczór przybliżając nam obecną sytuację w kraju – czuć było, że nie chce otwarcie o wszystkim mówić wprost, ale nie jest zadowolony z tego, co obecnie dzieje się w Birmie. Przedstawił nam genezę trwających tam walk, rolę wojska w działaniu kraju i opowiedział o tym, jak żyje tu przeciętny człowiek. Testował też parę razy naszą inteligencję, podsuwając do rozwiązania zagadki z zapałkami czy innymi rekwizytami.

Kolejny dzień to kontynuacja pieszej podróży. W ciągu około 5 godzin przeszliśmy ponad 20 kilometrów, aż dotarliśmy do miasteczka Ywama, w którym zmieniliśmy sposób przemieszczania się na łódkę, gdyż okolica ta słynie z pływających wiosek i ogrodów. Z jej pomocą podpłynęliśmy do kilku charakterystycznych miejsc, jak na przykład rodzinny zakład produkujący biżuterię ze srebra. Później wypłynęliśmy już na „wielką wodę” jeziora Inle, skąd mogliśmy podziwiać popularnych dla tego regionu rybaków, uzbrojonych w wielkie bambusowe kosze i wiosła, którymi operują z pomocą nóg. Nasz przewodnik skorzystał z okazji, by pokazać nam rybaków faktycznie wykonujących swoją pracę, jak również „pozerów” ustawiających się do zdjęć. Dopłynąwszy do Nyaungshwe nasz trekking oficjalnie się zakończył, więc udaliśmy się do naszego hostelu, by odsapnąć, skorzystać z prysznica i udać się na miasto w poszukiwaniu marketu, na którym moglibyśmy coś zjeść. Postanowiliśmy też tego wieczoru zostać w naszym lokum, więc w celu umilenia czasu zakupiliśmy najdroższy trunek, jaki znaleźliśmy w sklepie – butelkę 0,7l Mandalay Rum Export w zawrotnej cenie 3000 kyatów, czyli… w okolicach ośmiu złotych. Zdecydowanie nie był to najlepszy alkohol, jaki dane mi było w życiu spróbować, ale wystarczająco dobrze komponował się z colą, chipsami i kartami po prawie 50 kilometrach przebytych w ciągu dwóch dni.

Następny dzień należał głównie do oczekiwania na nocny autobus, więc zdecydowaliśmy się na wypożyczenie rowerów i pozwiedzania okolicy wokół miejscowości. Zdecydowanie nie był to wypad najbardziej owocny – udało nam się dotrzeć jedynie do winnicy Red Mountain, co było okupione pokonaniem dość nieprzyjaznej drogi, zerwaniem moich japonek #3 i parokrotnym pomyleniem drogi. Popołudnie i wieczór to już spokojne oczekiwanie w hostelu aż do przyjazdu tuktuka, którym udaliśmy się do punktu zbiórki na nocny autobus jadący do prawdopodobnie jednej z najbardziej osobliwych miejscowości, jakie dane było mi odwiedzić – Bagan.

Po ośmiu godzinach i około 350 kilometrach do miejscowości dojechaliśmy koło trzeciej nad ranem, a dokładniej najpierw do zajezdni autobusowej przy lotnisku w sąsiednim Nyuang U, oddalonej o kilka kilometrów od naszego hostelu. Wzięliśmy więc taksówkę, zapłaciliśmy po 25 tysięcy kyatów za wstęp do Bagan (tak, za wejście do tej miejscowości turyści muszą zapłacić przy jednym z punktów kontrolnych na drodze do niej) i dotarliśmy do hostelu, który…. okazał się nie być naszym hostelem, lecz innym obiektem o tej samej nazwie. Czekał więc nas dodatkowy, trzykilometrowy spacer do drugiego miejsca o tej nazwie, którą wskazywała nam mapa. Na miejscu okazało się, że recepcja jest nieczynna, więc nie możemy się zameldować i możemy wrócić dopiero o godzinie dziesiątej. Zostawiliśmy więc plecaki i ruszyliśmy kolejne 5 kilometrów na punkt widokowy, oznaczony jako dobre miejsce na obserwację wschodu słońca.

Cóż to był za widok! Około godziny szóstej, kiedy niebo zaczęło nabierać pomarańczowej barwy, w powietrze zaczęły się wzbijać balony, które są wielką atrakcją Bagan (cena za taką przyjemność również jest wielka – koszta zaczynają się ponoć od 300 dolarów za osobę), serwując niesamowity krajobraz. Do ich tańca w przestworzach po jakimś czasie dołączyło słońce, które zaczęło powoli wychylać się zza horyzontu, tworząc wspólnie niezapomniany pejzaż.

Gdy balony już opadły i słońce wzbiło się wysoko, pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i rzucenia okiem na panoramę płynącej przy mieście rzeki Irawadi. Wtedy też staliśmy się celem kilkuletnich akwizytorów, którzy namawiali nas na zakup rysunków ich autorstwa za 200 kyatów za sztukę. Kamil ostatecznie się ugiął i kupił zestaw czterech malunków od najmniejszego z artystów. Następnie, koło godziny dziesiątej, wróciliśmy do hostelu w celu rozpakowania się, umycia i – co najważniejsze – udania się na drzemkę w celu odzyskania sił po nocno-porannych wojażach.

Gdy wszyscy się wybudzili i byli w gotowości do dalszego działania zbliżał się już wieczór, więc postanowiliśmy udać się na kolejny punkt widokowy – tym razem w celu obserwacji zachodu słońca. O ile rankiem mieliśmy punkt obserwacyjny niemal wyłącznie dla siebie, tak wieczorową porą byliśmy częścią dość dużego grona widzów tego seansu, ale to nie przeszkodziło nam w żaden sposób rozkoszować się widokiem słońca tonącego w morzu świątyń.

A, bo jeszcze nie zdążyłem o tym napisać! Bagan to miejsce wyjątkowe z tego względu, iż obecnie na terenie około stu kilometrów kwadratowych znajduje się ponad dwa tysiące pagód, świątyń, klasztorów i innych obiektów religijnych! Jeżeli ta liczba wprawiła cię w osłupienie, to teraz się trzymaj czegoś – na przestrzeni wieków na tym terenie wzniesiono łącznie około DZIESIĘĆ TYSIĘCY tego typu budowli! Jest to jeden z obszarów w tym kraju wpisany do listy światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety, ze względu na bardzo liczne i niekiedy bardzo silne trzęsienia ziemi, jakie nawiedzają ten teren (ostatnie, w 2016 roku, miało siłę 6.8 w skali Richtera!), większość z nich została zniszczona lub poważnie uszkodzona. Niektórzy turyści decydowali się na wspinaczkę na dachy świątyń w celu obserwacji wschodów i zachodów słońca, lecz po śmiertelnym wypadku w 2017, władze nałożyły rygorystyczne ograniczenia na tę aktywność.

Kolejnego dnia, już w bardziej ludzkich godzinach, kontynuowaliśmy zwiedzanie Bagan na elektrycznych skuterach, które są dość tanim (8000 kyatów za dzień) i bardzo popularnym sposobem na przemieszczanie się po okolicy. W ten sposób zjechaliśmy większość obszaru o największym skupieniu świątyń, w tym te najpopularniejsze, jak Ananda, Dhamma Ya Zika, Sulamani czy Thatbyinnyu. Oczywiście miejsc wartych odwiedzenia jest dużo więcej, przeplatanych setkami mniejszych obiektów, ale niestety jeden dzień to zdecydowanie zbyt mało, by ujrzeć je wszystkie. Tym bardziej, że mieliśmy mały incydent z jednym z elektrycznych skuterków – bateria przedwcześnie się rozładowała, przez co musieliśmy prawie godzinny przymusowy postój w oczekiwaniu na wymianę pojazdu.

O godzinie 16:30 byliśmy już w hostelu, spakowani i gotowi do ruszenia w dalszą drogę, do miejscowości Mandalay. Oznaczało to, że nasza podróż po Birmie zbliżała się już do końca…

249 dni

Kategorie
Birma Podróże

Pierwsze dni w Birmie – (nie)krótka relacja (cz. 4)

Odwiedzenie Birmy po wizycie w Tajlandii było niczym wkroczenie w miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Kraj, który jest trawiony przez wojskową hegemonię i wewnętrzne konflikty, jednocześnie pełen pięknych, wyjątkowych krajobrazów. Ale po kolei.

Zanim w ogóle mieliśmy okazję pokonać przejście graniczne, musieliśmy dojechać z Chiang Rai do Mae Sot. Pech chciał, że nie zdążyliśmy w porę – granica jest bowiem otwarta między godziną szóstą raną a ósmą wieczorem. Nasz autobus dojechał na miejsce kilkanaście minut po dwudziestej, co oznaczało, że musieliśmy spędzić jedną noc więcej w Tajlandii. Po rozejrzeniu się po Mae Sot stwiedziliśmy, że poczekamy na otwarcie granicy na dworcu autobusowym. Rozłożyliśmy się więc na ławkach i poszliśmy spać (z wyjątkiem Kamila, który wziął na siebie rolę stróża nocnego).

Po wybudzeniu się po godzinie piątej szybko zebraliśmy swoje rzeczy i wsiedliśmy do tuk-tuka, który zawiózł nas na przejście graniczne. Po odczekaniu na miejscu około godziny i przejściu przez tajską kontrolę graniczną byliśmy już na łączącym obydwa pańśtwa Moście Przyjaźni, by za chwilę odbyć drugą taką kontrolę i ostatecznie znaleźć się w Birmie. Pierwsze kilka chwil były dla mnie dość surrealistycznym doświadczeniem – nagle znaleźliśmy się w miejscu, które wyglądało, jak z innego świata, z pobliskiej świątyni rozbrzmiewały recytowane wersty modlitwy, niemal wszyscy, w tym mężczyźni, nosili długie spódnice (nazywają się Longyi), prawie wszystkie kobiety i dzieci miały na twarzach jakiś bardzo rzucający się w oczy krem (czyli Tanakę), ulice były pełne charakterystycznych plam rdzawego koloru (od żucia betelu, czyli ich najpopularniejszej używki)… a wszystko to wczesnym porankiem, o wschodzie słońca.

Naszym celem było jak najszybsze wydostanie się z przygranicznej miejscowości Myawaddy do Hpa-An, gdzie mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi (z czego jeden z nich już nam przepadł z powodu zamknięcia granicy), aby złapać oddech i wskoczyć pod prysznic. Niestety nie było to zbyt łatwe zadanie – przy próbie wypłaty kyatów (waluta Birmy) bankomat wciągnął Dorocie kartę, więc spłoszeniu tym faktem, korzystając z rezerw Euro w gotówce, wymieniliśmy je przy jednym ze stoisk rozstawionych w jakiejś bocznej uliczce. Chcieliśmy się też zaopatrzyć w kartę SIM z dostępem do Internetu, ale ta również odmówiła nam posłuszeństwa, stwierdziliśmy więc, że spróbujemy w Hpa-An. Przyłączyliśmy się do trzyosobowej grupki, która akurat wsiadała do busa kursującego na trasie Myawaddy-HpaAn i ruszyliśmy w drogę. Trasa mająca około 130 kilometrów zajęła nam ponad 4 godziny ze względu na stan drogi – mniej więcej jedna trzecia dystansu to pełna kolein ubita ziemia, na której prędkość maksymalna, jaką dało radę rozwinąć, to niecałe 50 kilometrów na godzinę. Po drodze mijaliśmy też parę punktów kontrolnych, z czego raz musieliśmy pokazać swoje paszporty. Od razu można było poczuć, że jest to kraj, na którym wojsko trzyma rękę. To, co też nam się mocno rzuciło w oczy i uszy, to organizacja ruchu drogowego – a w zasadzie pozorny chaos. Każdy jechał jak chciał, nierzadko zdarzało się wyprzedzanie na trzeciego, klakson trąbił niemal bez przerwy. Mimo tego wszystkiego dało się po jakimś czasie w tym szaleństwie dostrzec harmonię.

Ostatecznie wczesnym popołudniem dojechaliśmy do naszej noclegowni. Od razu wskoczyliśmy pod prysznice, zjedliśmy i udaliśmy się na drzemkę. W międzyczasie okazało się, że wcięło mi gdzieś powerbanka oraz Kindla, najpewniej zostały na dworcu w Tajlandii, gdzie półprzytomny zapomniałem ich spakować… Po wybudzeniu się ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta, odwiedzając świątynię Hpar Mae Taung, skąd rozpościera się przepiękny widok na rzekę. Zdecydowanie jest tam jeden z najbardziej urokliwych krajobrazów na podziwianie zachodu słońca, na którym byliśmy. Następnie dotarliśmy na nocny market przy jeziorze Kan Thar Yar, gdzie posililiśmy się lokalnymi daniami. Jedzenie okazało się jeszcze tańsze, niż w Tajlandii. Jako, iż już była noc, a nie byliśmy jeszcze do końca oswojeni z realiami Birmy, zdecydowaliśmy się na powrót taksówką (czyli motorem z wbudowaną naczepką) i w hotelu nabrać sił przed kolejnymi dniami.

Następnego poranka zdecydowaliśmy się na pozwiedzanie kilku punktów znajdujących się wokół Hpa-An. W tym celu potrzebny nam był jakiś środek transportu, więc dogadaliśmy się z jednym z kierowców przerośniętego tuk-tuka (używając przede wszystkim MapsMe i intensywnych gestykulacji), że za cenę 32000 kyatów zrobi z nami trasę, która miała łącznie ponad 50 kilometrów, zajęła nam kilka godzin i obejmowała następujące przystanki:

Pagoda Kyaut Ka Latt

Świątynia, która zdecydowanie zrobiła na nas spore wrażenie, ponieważ wygląda jak wyjęta z jakiegoś filmu fantasy. Zbudowana na szczycie skały w kształcie maczugi, która to znajduje się na małej wysepce, ta zaś na małym jeziorku. Abstrakcja totalna. Niestety nie zostaliśmy wpuszczeni na sam szczyt, gdyż ta strefa zarezerwowana jest tylko do celów sakralnych. Ale to nic – sam widok z zewnątrz już robi naprawdę ogromne wrażenie.

Park Buddów / Ogród Lumbini

Kolejne fascynujące miejsce warte odwiedzenia, gdzie znajduje się dosłownie setki posągów Buddy, mające uzmysłowić, że Budda to nie jeden konkretny człowiek, lecz stan, który może osiągnąć każdy z nas. Ogród znajduje się u podnóża góry Zwegabin, na szczycie której (czyli na wysokości 722 m.n.p.m) znajduje się świątynia. Biorąc pod uwagę limit czasowy i temperaturę w okolicach 30 stopni Celcjusza – darowaliśmy sobie zdobywanie szczytu, choć dziewczyny podjęły próbę wspinaczki na punkt położony „jedynie” sto kilkadziesiąt metrów wyżej. Koszt wjazdu do tego ogrodu to 4000 kyatów za osobę.

Jaskinia Saddan

Chyba najciekawszy punkt wycieczki tego dnia, a na pewno dający największe spektrum doświadczeń. Tam bowiem wchodzi się do ogromnej jaskini, by odkryć znajdujący się wewnątrz długi na kilkanaście metrów posąg leżącego Buddy. To jednak dopiero początek zwiedzania! Obok posągu podąża około pół kilometra droga wgłąb jaskini prowadząca do drugiego wyjścia, z której można dotrzeć do mniejszej groty będącej (chyba) czymś na wzór klasztoru. U wyjścia znajduje się też jeziorko, a na nim łódki, którymi za opłatą 1500 kyatów można przepłynąć przez grotę i częściowo opłynąć wokół jaskinię Saddan, ciesząc oko przepięknymi krajobrazami.

Jaskinia Kaw Ka Thaung

W drodze powrotnej do Hpa-An postanowiliśmy wykorzystać fakt, że mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut światła słonecznego do dyspozycji, aby zahaczyć o jeszcze jedno miejsce. Cóż to był za strzał! Kiedy zbliżyliśmy się do tej jaskini, pierwsze, co nas uderzyło, to dobiegające naszych uszu dźwięczne, wesołe melodyjki rodem z wesołego miasteczka. Wewnątrz było jeszcze ciekawiej – pełno jaskrawych kolorów, na ziemi kafelki z ozdobami w kształcie muszelek i rozgwiazd, mnóstwo barwnych światełek, masy figurek i ornamentów… to była chyba najbardziej radosna świątynia, jaką odwiedziliśmy!

Do Hpa-An dotarliśmy przed zmrokiem. Wróciliśmy do naszego hotelu po plecaki, stamtąd rzut beretem na dworzec autobusowy, gdzie spędziliśmy czas do godziny 21 próbując lokalnych trunków, grając w karty i czekając na odjazd naszego nocnego autobusu. Po spędzeniu około 12 godzin w autobusie (minus przerwy na trasie) i przejechaniu ponad 600 kilometrów dotarliśmy ostatecznie do Kalaw, gdzie nie zrobiliśmy zbyt wiele – poszliśmy zjeść obiad w chyba najdroższej restauracji w mieście (mimo to wciąż nie wydaliśmy majątku – zapłaciliśmy w sumie 41000 kyatów, z czego prawie połowa ceny to koszt zamówionych przez nas drinków), udaliśmy się na punkt widokowy i zarezerwowaliśmy dwudniowy trekking w kierunku jeziora Inle. Poza tym odpoczywaliśmy po – bądź co bądź – męczącej podróży nocą i przed dwoma dniami intensywnego chodzenia.

Ale o tym już w kolejnym wpisie…

273 dni

Kategorie
Birma Podróże Tajlandia

Tajlandia i Birma – (nie)krótka relacja (cz. 1)

Jak już zdążyłem się wcześniej pochwalić – pod koniec roku wybrałem się z grupką przyjaciół na trwającą łącznie 31 dni wyprawę do Tajlandii, która była na naszej liście od dawna, oraz leżącej obok Birmy, zahaczając przy okazji dwukrotnie o Pekin.

Była to wyprawa tak fascynująca, pełna niezapomnianych przeżyć, urzekających krajobrazów i zachwycającej architektury, że już teraz wiem, że nie będę w stanie przedstawić słowami choćby części emocji, jakie we mnie do teraz – ponad 3 tygodnie później – wciąż tkwią. Jest to doświadczenie, które z pewnością zechcę powtórzyć i które polecam zdecydowanie każdemu.

Była to też wyprawa intensywna. Momentami aż za bardzo. Już od pierwszych dni żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko miesiąc, dlatego będąc już na miejscu staraliśmy się wycisnąć z naszego pobytu jak najwięcej. Żeby dać do zrozumienia poziom naszego tempa, posłużę się kilkoma liczbami:

  • W trakcie całej podróży lecieliśmy samolotem 8 razy, z czego pięć z nich odbyło się w ciągu ostatnich 8 dni,
  • W sumie rezerwowaliśmy noclegi w 14 miejscach, głównie hostelach. Do tego dochodzą 4 nocne podróże autobusem, spanie na lotniskach, dworcu autobusowym i w klasztorze mnichów,
  • Według wskazań mojego zegarka pokonaliśmy na nogach ponad 450 kilometrów. Tylko w ciągu pięciu dni krokomierz wyliczył dystans krótszy, niż 10 kilometrów, w tym pierwszego i ostatniego dnia, kiedy to spędzaliśmy w samolocie każdorazowo ponad 8 godzin,
  • Odwiedziliśmy w sumie 12 miejscowości oraz okoliczne miejsca,
  • Zrobiłem w sumie 685 zdjęć i 1094 nagranń trwających w sumie 4 godziny i 40 minut.

Całą naszą wyprawę można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to zwiedzanie Tajlandi, gdzie skoncentrowaliśmy się na Bangkoku i północy kraju; druga to podróż przez Birmę i jej najważniejsze turystcznie miejsca; trzecia zaś to powrót do Tajlandii na kilka dni w celu zakosztowania rajskiego klimatu, jaki oferuje wyspa Koh Phi Phi. Każdy z tych trzech etapów był unikalny i dawał inne spektrum doświadczeń i nawet nie próbuję ocenić który z nich był najlepszy, bo jest to zwyczajnie niemożliwe.

Jak się to wszystko zaczęło?

Zacząć trzeba od tego, że na Tajlandię zapatrywaliśmy się już od kilku ładnych lat. Nie ma się co dziwić – jest to kierunek wychwalany przez niemal każdego, kto się tam wybrał, kuszący swym orientalnym charakterem. Dokładnego przebiegu wydarzeń teraz nie odtworzę, ale po prostu w trakcie dyskutowania na temat najbliższych planów wyjazdowych ktoś rzucił po raz wtóry Tajlandię, część osób zmotywowała się tak bardzo, że zaczęli szukać najlepszych cenowo połączeń lotniczych i okazało się, że trafiła się jedna ciekawa oferta – w dwie strony z Warszawy do Bangkoku, z trwającymi kilkanaście godzin przesiadkami w Pekinie na obydwu kierunkach, w terminie 15.11 – 16.12 liniami Air China za 1750 złotych. Postawieni przed tymi faktami nie mieliśmy wyjścia – rezerwujemy!

Decyzja została podjęta w okresie wakacyjnym, było więc dużo czasu, aby przemyśleć plan podróży, Już na wstępie zakładaliśmy rozbicie pobytu w Tajlandii na część podróżniczo-wycieczkową, w trakcie której mieliśmy skupiać się na eksploracji nowcyh miejsc i wakacyjno-rekreacyjną na wyspach, aby posmażyć się na słońcu i pomoczyć w cieplutkiej wodzie morskiej. W międzyczasie Dorota, która w zasadzie przejęła dowodzenie, zaproponowała uwzględnienie Birmy na naszej trasie. Długo nas nie trzeba było namawiać – kilka zdjęć znalezionych w Internecie w zupełności wystarczyło.

Przygotowania do wyjazdu

Przed wybraniem się w taką podróż warto się zawczasu odpowiednio do niej przygotować, aby na miejscu czekało na nas jak najmniej niespodzianek. Dobrze jest zacząć od zweryfikowania informacji dotyczących prawa wjazdowego w każdym z krajów. Na przykład nasza wizyta w Pekinie czy nie wymagała wcześniejszego aplikowania o wizę – można na miejscu uzyskać bezpłatnie 24 lub 144-godzinną „przepustkę” tranzytową, pozwalającą na opuszczenie lotniska. Z Tajlandią również było łatwo – tam bez wizy można przebywać przez trzydzieści dni.

Birma wymagała już od nas nieco więcej uwagi przed podróżą, gdyż wymagane jest najpierw wypełnienie wniosku o wizę turystyczną. Najwygodniej jest to zrobić przez stronę internetową nie wcześniej, niż trzy miesiące przed datą przybycia. Wymagane też jest wskazanie miejsca, z którego będzie się wkraczało na teren Birmy, więc spontaniczna wizyta raczej nie wchodzi w grę. Jest to istotne tym bardziej, że sugerowany czas oczekiwania na uzyskanie zgody wynosi do trzech dni, choć w naszym przypadku trwało to niecałą dobę. Oprócz tego wystarczy już tylko przygotować plik ze zdjęciem paszportowym oraz dokonać opłaty w wysokości 50 dolarów, by po paru dniach uzyskać na wskazany adres mailowy zgodę na otrzymanie wizy. Dokument ten trzeba okazać na wskazanym przejściu granicznym w ciągu 90 dni, dlatego też wcześniej nie ma w ogóle sensu wchodzić na tę stronę. Dokument ten trzeba okazać w formie fizycznej, gdyż w innym przypadku – jak mówi informacja na stronie – „może to spowodować opóźnienie w przekroczeniu granicy”. Moment przybicia pieczątki w paszporcie oznacza otrzymanie wizy turystycznej, która pozwala na przebywanie na terenie Birmy przez 28 dni.

Oprócz tego podjąłem decyzję o zaszczepieniu się przeciwko durowi brzusznemu i wirusowe zapalenie wątroby (WZW) typu A. Jak się po czasie okazało, nie był to wystarczający zestaw. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mawia Bogusław Wołoszański. Wszyscy uzbroiliśmy się również w karty wielowalutowe – ja w Kantorze Alior Banku, reszta poprzez Revoluta. Dzięki temu nie musieliśmy brać ze sobą za wiele gotówki na zapas, gdyż dzięki tym kartom można płacić w sklepach i wypłacać z bankomatów po bardzo dobrych kursach w niemal każdej walucie. Gotówka przydała nam się tylko na pobyt w Chinach i na pierwsze chwile w Tajlandii i Birmie.

Pakowanie odbywało się w sposób raczej standardowy – trochę ubrań, ręcznik, mały śpiwór, podstawowe leki i kosmetyki, coś do przekąszenia, dokumenty. Warto rozważyć wzięcie ze sobą kremu z filtrem UV oraz środka na komary – co prawda można je dostać zarówno w Tajlandii, jak i w Birmie, ale tam kosztują trochę więcej. Dobrym pomysłem było też wzięcie kart do gry oraz głośnika Bluetooth, które umilały nam wieczory. Kamil zaś zabrał ze sobą drona, dzięki czemu mógł zrobić mnóstwo fajnych zdjęć i nagrań. Wszystko to do plecaka podróżnego, aby móc komfortowo przemieszczać się między kolejnymi miejscami. Jedynym niuansem były ubrania na czas pobytu w Pekinie – gdy w Tajlandii i Birmie temperatura trzymała się w okolicach trzydziestu stopni, w stolicy Chin było lekko na plusie, ale w Polsce było niewiele lepiej, więc nie stanowiło to dużego wyzwania.

Lecimy!

15 listopada o godzinie 13:10 wylecieliśmy z Warszawy, by po trwającym 8,5 godziny locie wylądować na lotnisku w Pekinie 16 listopada o godzinie 4:40 (w Pekinie jest siedem godzin wcześniej względem czasu polskiego). W cenie biletu mieliśmy możliwość nadania bagażu rejestrowanego, dzięki czemu nie musieliśmy przez cały pobyt nosić ze sobą wszystkich rzeczy. Sam lot był całkiem komfortowy – do dyspozycji mieliśmy kocyki i poduszki, przed każdym siedzeniem był wyświetlacz, na którym można było śledzić lot, pograć albo obejrzeć jakiś film, oprócz tego dostaliśmy dwa ciepłe posiłki.

Po wypełnieniu krótkiego formularza do wizy tranzytowej, zostawieniu odcisków palców i odstaniu w kolejkach byliśmy gotowi do ruszenia na Wielki Mur Chiński! Był tylko jeden szkopuł, który nam to przedsięwzięcie utrudnił. Szukając sposobów na dotarcie do Muiyntai – polecanego na wielu stronach fragmentu muru – trafiliśmy na informację o punkcie na lotnisku, gdzie istnieje możliwość wynajęcia kierowcy. Tyle tylko, że tego stanowiska nie udało nam się zlokalizować. Co prawda podszedł do nas jeden sympatyczny Chińczyk, który oferował takie rozwiązanie, ale jako, że za swoje usługi życzył sobie „delikatnie” więcej, niż wynikało to z informacji znalezionych w Internecie, podziękowaliśmy i szukaliśmy dalej. Bezowocnie. Dodatkowo nie mogliśmy za bardzo polegać na pomocy Chińczyków, gdyż ich poziom języka angielskiego ograniczał się do najbardziej podstawowych zwrotów, zaś dostęp do Internetu w Chinach jest bardzo utrudniony – lotniskowa sieć w naszym przypadku w zasadzie nie działała. Zresztą to by za wiele nie pomogło, gdyż Chiny mają swój własny Internet, a że żadne z nas nie pomyślało o zainstalowaniu VPNa w telefonie (w ogromnym skrócie jest to typ programu, który maskuje nasze połączenie internetowe), to i tak dużo byśmy nie zwojowali.

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy – nie ma co siedzieć na lotnisku, próbujemy alternatywy w postaci transferów z centrum miasta. Po przejażdzce kolejką Airport Express oraz metrem dotarliśmy do stacji Qianmen, gdzie znaleźliśmy autobus jadący do Badaling – położonego najbliżej Pekinu i jednocześnie najlepiej zachowanego fragmentu Wielkiego Muru. Oprócz nas siedzieli w autobusie sami Chińczycy, co nas delikatnie zastanowiło, ale nie na tyle, by się tym szczególnie przejąć. Zdziwienie nastąpiło, kiedy zaraz po ruszeniu na środku autobusu pojawiła się pani przewodniczka, która przez prawie całą podróż opowiadała coś po chińsku. Jeszcze większe zdziwienie przeżyliśmy, gdy pod koniec trasy podeszła do nas i z mocą translatora w telefonie wyjaśniła nam jak się na mur dostać, ile to kosztuje i o której godzinie odjeżdza autobus powrotny. Nie wiem, na ile podyktowane to było obawą, że gdzieś się pogubimy i przepadniemy, niemniej był to bardzo miły gest!

Gdy już dojechaliśmy, zgodnie z sugestiami naszej przewodniczki-opiekunki zakupiliśmy bilet na kolejkę linową i po odstaniu w kolejce w końcu trafiliśmy na Wielki Mur Chiński! Ujrzeć na własne oczy ten niekończący się pas to coś niesamowitego – niemal można uwierzyć, że naprawdę jest widoczny z kosmosu. Szybko jednak przyszła refleksja, że jest on bardzo… wąski! Nie wiem, czy to kolejny nieszczęśliwy element naszej chińskiej wycieczki, czy tak jest zawsze, ale trafiliśmy na całe tłumy Chińczyków. Było ich naprawdę sporo – mijanki i slalomy mieliśmy niemal dosłownie co krok. Co ciekawe, osoby o nie-chińskiej aparycji w trakcie naszej wizyty można było policzyć na palcach obydwu dłoni. Nie przeszkodziło nam to jednak w podziwianiu jednego z siedmiu nowych cudów świata!

Po spędzeniu niecałej godziny zjechaliśmy kolejką z muru i ruszyliśmy w podróż powrotną na lotnisko. Tam skorzystaliśmy z darmowego salonu tranzytowego, aby się trochę rozgrzać, odpocząć i przygotować do lotu do Bangkoku. Wystartowaliśmy o godzinie 19:55 i po pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy o północy w Bangkoku (kolejna zmiana czasu, tym razem tylko godzina do tyłu). Przejście przez kontrole i odebranie bagażu poszło bardzo sprawnie, więc szybko złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się do naszego hostelu, w którym mieliśmy spędzić trzy noce. Na nasze nieszczęście recepcjonista pojawił się dopiero po godzinie od naszego przybycia, kiedy to wrócił z drzemki, więc do naszego pokoju trafiliśmy dopiero po czwartej nad ranem, co oznacza, że dokładając czas na rozpakowanie się i prysznic do pierwszego porządnego snu położyliśmy się o godzinie piątej nad ranem, czyli 34 godziny od wylotu z Warszawy…

Tak wyglądały nasze pierwsze dni tej wyprawy. Jeżeli udało ci się dotrwać do końca – podziel się wrażeniami z lektury! Jeżeli zaś czujesz niedosyt lub wręcz przeciwnie – nie chciało ci się tego wszystkiego czytać, poniżej znajdziesz pierwszy odcinek relacji z podróży od Kamila.

346 dni