Kategorie
Fuerteventura Podróże

Tajemnice Willi Wintera

Jeżeli miałbym wybrać najbardziej interesujące i intrygujące miejsce Wysp Kanaryjskich, to zdecydowanie na szczycie znalazłaby się Willa Wintera – enigmatyczna budowla znajdująca się na Fuerteventurze.

Źródło: jacekantonik.pl

Znaleźć ją można w jednym z najmniej dostępnych zakątków wyspy, przy plaży Cofete. Jedynym sąsiedztwem tej willi jest znajdująca się około półtorej kilometra obok wioska Cofete, składająca się raptem z kilku domków. Poza tym od frontu ciągnie się kilometrami linia brzegowa północnej części półwyspu Jandia, z tyłu zaś góry razem z najwyższym szczytem wyspy, Pico de la Zarza, który wyrasta na ponad 800 metrów nad poziomem morza. Ze względu na lokalizację na próżno szukać tam sieci elektrycznej czy kanalizacji, zaś wyprawa do najbliższego miasta, Morro Jable, to ponad 20-kilometrowa przeprawa po mało przyjaznej trasie, pełnej wybojów i różnic wysokości. Kto mógł wpaść na tak szalony pomysł, by cokolwiek w takim miejscu budować?

Źródło: villawinter.com

Za całą intrygę odpowiedzialny jest niemiecki inżynier Gustav Winter. Z Hiszpanią był związany od 1915 roku, gdzie zaraz po zakończeniu edukacji pracował przy różnych projektach. Jego umiejętności techniczne i zdolność nawiązywania znajomości dały mu możliwość zbudowania w 1928 elektrowni w stolicy Gran Canarii, Las Palmas, co przyniosło mu duży rozgłos i uznanie wśród Kanaryjczyków. Po zakończeniu tego projektu działał dalej w Szwajcarii, by tym razem zapracować sobie na sympatię niemieckiego rządu. Wszystko to, w połączeniu z dobrymi relacjami między Niemcami a Hiszpanią pod koniec lat 30. XX wieku sprawiło, że w 1937 roku Gustav Winter miał otrzymać propozycję dzierżawy półwyspu Jandia na Fuerteventurze, gdzie z jednej strony planował rozwój przemysłowy tego obszaru, z drugiej zaś współpracował z nazistowskimi oficerami w celu ustalenia potencjalnych miejsc pod strategiczne obiekty, które miałyby służyć III Rzeszy w trakcie zbliżającej się wojny.

Źródło: villawinter.com

Po wybuchu wojny Don Gustavo (jak go nazywali później mieszkańcy wysp) był zaangażowany w wiele projektów, nie tylko na Wyspach Kanaryjskich, ale również na kontynencie – głównie na terenie okupowanej wówczas Francji i Belgii, gdzie prowadził interesy. W Madrycie poznał Elisabeth, swoją przyszłą drugą żonę, z którą wrócił na Fuerteventurę w roku 1948. Wtedy to podobno rozpoczęła się „oficjalnie” budowa jego willi. W tym samym czasie zaczął wdrażać w życie swój plan rozwoju półwyspu, który w 1941 roku został kupiony przez Dejesa de Jandia S.A. – firmę założoną przez trzech Hiszpanów, której Winter był zarządcą. Nie do końca wiadomo, co się dokładnie tam działo, gdyż droga prowadząca na półwysep była w tym czasie ogrodzona i strzeżona przez uzbrojonych ochroniarzy. Wiadomo na pewno, że Winter założył tam plantację pomidorów, tworzył studnie, miał też plan zalesienia tamtejszych gór. Mniej jasne są przyczyny eksplozji, które słyszeli okoliczni mieszkańcy przez kilka dni w 1950 roku. W roku 1962, w uznaniu zasług dla rozwoju półwyspu, Dejesa de Jandia S.A. przekazała Gustavowi prawo własności do terenu. Ten jednak nigdy nie zagrzał w swojej willi na długo, zamiast tego mieszkał w Morro Jable, które wspierał chociażby przez finansownie budowy szkoły i kościoła, zaś ostatnie kilka lat życia spędził na Gran Canarii, gdzie zmarł w roku 1971, dożywając wieku siedemdziesięciu ośmiu lat.

Źródło: globtroter.pl

Z pozoru wydawać się może, że Don Gustavo to po prostu zasłużona dla regionu ekscentryczna postać, która swoimi projektami przysłużyła się mieszkańcom Wysp Kanaryjskich. Cały jego blask skrywają jednak liczne mroczne sekrety, towarzyszące jego działaności. Wspomniane wcześniej odgrodzenie półwyspu i eksplozje to dopiero początek listy pełnej wątpliwości wokół Wintera i jego działalności. Dodać do niej można chociażby jego źródło rąk do pracy, którym miał być obóz koncentracyjny znajdujący się w miasteczku Tefia. Zagadkowy jest również porzucony obecnie pas startowy, znajdujący się na końcu półwyspu. Cień na intencje niemieckiego inżyniera rzucają również jego koneksje z rządami Hitlera i Franco, co w połączeniu z relacjami mieszkańców wysp o widzianych na wodach kanaryjskich U-Bootach podsyca podejrzenie, że dyktatorom zależało na tym, by utrzymać swoją militarną działalność na wyspach w tajemnicy. Z tego względu tak interesujący jest prawdziwy cel budowy Willi Wintera, która mogła istnieć dużo wcześniej, niż w roku 1948, kiedy rzekomo zaczęła się jej budowa…

Źródło: yougo.pl

A jak wygląda sama rezydencja? Gdy widzi się ją po raz pierwszy, z dystansu kilku kilometrów, wygląda jak zwyczajny pałacyk wzniesiony przez człowieka, który chciał mieć swój punkt wypoczynkowy wyłącznie dla siebie, z dala od innych ludzi. Gdy jednak zobaczy się willę z bliska, pewne jej elementy zaczynają wyglądać co najmniej interesująco. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duża wieża wbudowana w jeden z rogów willi, która swoim wyglądem i kształtem może budzić skojarzenia z latarnią morską. Od frontu znajduje się również duży taras dający widok na dziesiątki kilometrów brzegu, w którym znajdują się malutkie okienka. Wielu może odnieść wrażenie, że są to stanowiska strzelnicze. Zwiedzając wnętrze willi robi się jeszcze ciekawiej. Na wstępie wita nas dziedziniec z fragmentem szyn i umiejscowionym na nim wózku kopalnianego. Dodatkowo jeśli w odpowiednim miejscu przed wejściem do głównego holu tupnie się nogą, to można wyczuć i usłyszeć, że pod kawałkiem betonu jest dziura w ziemi. Wiadomo, że w podziemiach znajdują się pomieszczenia przypominające sale medyczne i cele, jednak zwykły turysta nie będzie miał okazji ich zwiedzić. Niestety…

Źródło: wikipedia.com

Nie znaczy to, że nikt nie badał tego, co tam się kryje – Pedro Fumero, którego rodzina była blisko związana z Don Gustavo, wziął sprawy w swoje ręce. Przeprowadził się tu w 2012 roku z Teneryfy, by opiekować się niszczejącą rezydencją i wspólnie z grupami badawczymi odkrywać prawdę dotyczątą tego niezwykłego miejsca, poświęcając w pełni swój czas i dorobek. Nie podjąłby się pewnie tego, gdyby nie dziadek i jego rodzeństwo sprawujące pieczę nad willą, którzy podupadli na zdrowiu i którymi Pedro musiał się początkowo zająć. W tym czasie dowiedział się również o tym, iż spadkobiercy Wintera odsprzedali wcześniej teren lokalnej firmie z branży hotelarskiej, która miała w planach przerobić konstrukcję na hotel. W połączeniu z historiami powtarzanymi przez pamiętających Don Gustavo członków rodziny o widzianych z plaży łodziach podwodnych postanowił rozpocząć próby odkrycia sekretów skrywających się w murach willi. Od 2016 pomaga mu w tym głównie hiszpański inżynier Darwin Vidal. Wspólnie odkryli wiele elementów i symboli powiązanych z różnymi formacjami III Rzeszy, jak również dowiedli istnienia podziemnych tuneli.

Źródło: casawinter.com

A jaka jest prawda? Tego na razie nie wiemy, jednak teorii na temat willi Wintera narosło przez lata co nie miara. Można więc usłyszeć na przykład, że willa to tylko fasada dla podziemnej bazy U-Bootów, które miały wpływać do niej poprzez sieć tuneli w podwodnych jaksiniach. Łodziami tymi mieli być dostarczani na przykład jeńcy wojenni, na których przeprowadzano eksperymenty. Najbardziej fascynująca jest jednak hipoteza, że willę Wintera mógł odwiedzić nawet sam Adolf Hitler, który upozorował swoje samobójstwo, by tak naprawdę w jednej z łodzi podwodnych uciec z Berlina na Fuerteventurę, aby tam dokonać operacji plastycznej i ruszyć poza Europę, w kierunku Argentyny, która miała być azylem dla nazistowskich oficjeli! Taki scenariusz był nawet obiektem śledztwa FBI zaraz po zakończeniu wojny, jednak po kilku latach, ze względu na brak wystarczających dowodów i poszlak, umorzono śledztwo.

Jedno jest pewne – Willa Wintera rozbudza wyobraźnię historyków i turystów, będąc jednym z najbardziej interesujących i tajemniczych budynków, jakie można znaleźć na Wyspach Kanaryjskich. Pozostaje mieć nadzieję, że Pedro Fumero uda się rozjaśnić mroczne sekrety Gustava Wintera i jego rezydencji.

171 dni

Kategorie
Podróże Tajlandia

Rajska Koh Phi Phi i czas powrotu – (nie)krótka relacja (cz. 8)

Wylot z Birmy oznaczał rozpoczęcie ostatniej części naszej wyprawy, czyli parodniowy pobyt na wyspie Koh Phi Phi, który miał być zwieńczeniem wojaży i czasem rajskiego wypoczynku. Oczywiście bez przygód się nie obyło…

Podróż na Koh Phi Phi zaczęła się od powrotu do Bangkoku. Jako, iż przylecieliśmy wczesnym porankiem i kolejny lot mieliśmy późnym wieczorem tego samego dnia, postanowiliśmy odwiedzić Ancient City – leżący na obrzeżach stolicy ogromny park o kształcie przypominającym granice Tajlandii, gdzie można znaleźć ponad setkę budowli, które w dużej mierze stanowią repliki nieistniejących już konstrukcji lub nowe, tworzone na wzór dawnych stylów architektonicznych. Park jest bardzo obszerny, dlatego każdy zwiedzający ma możliwość bezpłatnego wypożyczenia roweru, który jest doskonałym sposobem na sprawne zwiedzanie. Jest to punkt z największą opłatą wstępu, który odwiedzaliśmy (700 bahtów, czyli około 85 złotych), ale zdecydowanie warto – można tam spędzić cały dzień.

Wieczorem wróciliśmy na lotnisko w oczekiwaniu na lot na Phuket, gdzie spędziliśmy dwie noce. Tam nastąpiła dość nieciekawa sytuacja – port USB w telefonie się przypalił, co oznaczało, że pozostałem bez telefonu. Fakt ten, w połączeniu z poprzednimi stratami i zmęczeniem spowodowanym deficytem snu sprawił, że pierwszą noc na tej wyspie spędziłem w, delikatnie mówiąc, nienajlepszym nastroju. Na szczęście humor zaczął wracać do normy rano, by wrócić na pozytywne tory po dotarciu na plażę. Trochę doskwierał brak telefonu, bo było co fotografować i nagrywać – lotnisko w Phuket leży tuż przy plaży, co oznacza, że podchodzące do lądowania samoloty znajdują się dosłownie kilka-kilkanaście metrów nad plażowiczami. Jednak widok morskiej wody, żółciutkiego piasku i dających cień palm sprawił, że przestałem się tym aż tak przejmować i wszyscy zaczęliśmy powoli przestawiać się z podróżniczego do wakacyjnego trybu.

Kolejną noc spędziliśmy w miasteczku Phuket (tak, nazywa się tak samo, jak cała wyspa) w hostelu, który jakimś zbiegiem okoliczności znajdował się obok serwisu telefonów, więc po odkryciu tego faktu czym prędzej udałem się do niego i zostawiłem swój sprzęt, by odebrać go następnego dnia, tuż przed ruszeniem na statek płynący na wyspę Koh Phi Phi. Z lekkim bólem zostawiłem 2000 bahtów (jakieś 250 złotych), ale dostęp do aparatu i kamery był dla mnie cenniejszy.

Po trwającym około dwóch godzin rejsie dotarliśmy do Koh Phi Phi. Pierwsze, co rzuciło się nam w oczy, to klimat miejsca – w tym znaczeniu, że od razu poczuliśmy się jak w popularnym miejscu wypoczynkowym. Dużo barów, sklepów z pamiątkami, ubranych w stroje kąpielowe rosyjskojęzycznych par i tak dalej. Na szczęście nie gościliśmy w „centrum” wyspy długo, gdyż po zakupach w 7-Eleven (w którym ceny były znacznie wyższe, niż w reszcie kraju) wsiedliśmy do „wodnej taksówki”, która zabrała nas na drugi koniec wyspy. Po dopłynięciu do brzegu na suchy ląd nas i nasze rzeczy zgarnął traktor i po krótkich poszukiwaniach naszego lokum i zameldowaniu się byliśmy w naszym domku, gdzie czekały na nas trzy rajskie noce. Pierwszej nocy pospacerowaliśmy nieco po naszej „osadzie”, gdzie zjedliśmy fajną kolację i udaliśmy się na plażę nacieszyć szumem fal i rozgwieżdżonym niebem.

Następny dzień był dniem błogiego relaksu – naszym głównym zajęciem było chłonięcie żaru z nieba poprzez siedzenie pod palmami na złocistym piasku i pływanie dla ochłody w turkusowym morzu. W międzyczasie rozejrzeliśmy się jedynie za możliwościami urozmaicenia sobie następnego dnia i padło na wycieczkę łódką po sąsiednich wysepkach. Obudziliśmy się więc nazajutrz rano, by o godzinie 8:30 być płynąć już do jednej z wielu zatoczek, gdzie wskoczyliśmy sobie do wody z maskami do snorkelingu i podziwialiśmy morską faunę.

Jednym z punktów był przystanek na małpiej plaży, na której roi się od makaków. Te cwane zwierzaki kradną nie tylko serca turystów swoim uroczym wyglądem, ale też ich butelki z wodą, jedzenie i wszystko, co znajdą w torebkach czy plecakach, co mogą wymienić w ramach okupu za jakiś przysmak. Niestety jednej z małpek nie spodobało się, że oparłem rękę na kamieniu, obok którego ona siedziała, o czym dała mi wyraźnie znać rzucając się na rękę z zębami, przebijając się jednym z kłów do krwi. Dezynfekcja i prowizoryczny opatrunek na plaży, powrót do domku, telefon do ubezpieczalni i wizyta w prywatnej klinice w celu szczepienie poekspozycyjne przeciw wściekliźnie – jedno z sześciu. Od tego dnia mam mniejszą sympatię do małp.

Ostatni dzień to w pierwszej części korzystanie z ostatnich chwil rajskiego klimatu, a w pozostałej pakowanie się i kolejna podróż – tym razem już z wizją powrotu do Polski. Z jednej strony żal nam było opuszczać zarówno Koh Phi Phi, jak i Tajlandię w ogóle, z drugiej zaś zdaliśmy sobie sprawę, że byliśmy w podróży już niemal miesiąc i w tym czasie doświadczyliśmy tak wielu przygód i zobaczyliśmy tak wiele miejsc, że pierwsze dni naszej wyprawy wspominaliśmy jakby to była zupełnie inna, odrębna wycieczka, która miała miejsce bardzo dawno temu.

Popołudniem popłynęliśmy do „centrum” Koh Phi Phi, stamtąd rejs na Phuket, następnie na lotnisko i powrót do Bangkoku, gdzie spędziliśmy ostatnią noc. Jako, iż mieliśmy prawie całą dobę w oczekiwaniu na kolejny lot, ekipa z rana poszła na pamiątkowe zakupy, a ja do szpitala po kolejny zastrzyk, na który – jak się okazało – wysłany zostałem za wcześnie, co oznaczało, że powinienem go przyjąć dzień później, w Pekinie, gdzie mieliśmy kolejną przesiadkę. Wróciłem do naszego hostelu, poczekałem na współpodróżników i wieczorem ponownie na lotnisko, tym razem do stolicy Chin, gdzie wylądowaliśmy po raz kolejny we wczesnych godzinach porannych. Obyci już w procedurach szybko wypełniliśmy wizy tranzytowe, opuściliśmy lotnisko i znowu się rozdzieliliśmy – ja do szpitala, ekipa na zwiedzanie.

Na szczęście nie musiałem samotnie włóczyć się po Pekinie, gdyż udało mi się spotkać ze znajomym mieszkającym tam od kilku lat, który został moim przewodnikiem i tłumaczem. Po wizycie w szpitalu i przyjęciu drugiego zastrzyku na wściekliznę pozwiedzaliśmy trochę miasta, przy okazji mając okazję usłyszeć z pierwszej ręki jak się tu mieszka i żyje, jak wygląda mentalność przeciętnego pekińczyka, jaka jest polityka rządu itp. Przy okazji pod wieczór doświadczyliśmy pierwszego śniegu, co było sporym szokiem )(w tym termicznym) w odniesieniu do skwaru, jaki jeszcze kilkanaście godzin wcześniej spływał z tajskiego nieba.

Późnym wieczorem wróciłem na lotnisko. Na szczęście w cenie biletu mieliśmy dostęp do salonu lotniskowego, więc w całkiem komfortowych warunkach mogliśmy się zdrzemnąć w oczekiwaniu na ostatniu już lot do Warszawy. Wczesnym rankiem samolot i po ponad 8 godzinach byliśmy w Polsce. Dziwny to był moment – czuliśmy się tak, jakby wrócili z podróży trwającej jednocześnie weekend i rok. Minęło od tego czasu równo pół roku, a ja wciąż na myśl o tym czasie mam kalejdoskop emocji, który przez długi czas nie pozwalał mi w sposób zadowalający dobrać słów w tym ostatnim wpisie z (nie)krótkiej relacji.

Dlatego najwyższa pora, aby w końcu opublikować ten wpis – czasem najpiękniejsze zdania nie są w stanie opisać niektórych doświadczeń. Jedyne, co mogę napisać na sam koniec – zdecydowanie polecam każdemu przeżyć taką przygodę.

188 dni

Kategorie
Birma Podróże

Ostatnie dni w Birmie – (nie)krótka relacja (cz. 7)

Po kolejnej nocnej podróży autobusem dotarliśmy do ostatniego punktu naszej wyprawy po Birmie, czyli jej byłej stolicy – Yangonu.

Na początku mieliśmy jeszcze w planach przejazd przez aktualną stolicę kraju, czyli Naypyidaw, która pełni tę funkcję od 2005 roku. Kusiły nas wizje spaceru po kilkupasmowych autostradach ogromnej, lecz niemal bezludnej metropolii, która została zbudowana w ścisłej tajemnicy za sprawą pewnego astrologa. Cóż, jest powód, aby odwiedzić ten kraj ponownie!

Yangon, zwany też Rangun, to największe miasto Birmy – w obrębie całej aglomeracji mieszka ponad 7 milionów ludzi. Nasza wizyta w Mandalaj sprawiła, że pierwsze chwile w Yangonie nie wprawiały już w osłupienie, choć nie oznacza to, że kompletnie nic nas nie zaskoczyło.

Jako, iż byliśmy już trochę wymęczeni tempem, w jakim do tej pory się przemieszczaliśmy (a był to już 20. dzień wojaży), wykorzystaliśmy trzy dni w Yangonie na to, aby choć trochę liznąć tego, co ma do zaoferowania była stolica Birmy, ale przede wszystkim, żeby wrzucić nieco na luz i przygotować się mentalnie na to, co mieliśmy zaplanowane po opuszczeniu tego kraju.

Ale nie uprzedzajmy faktów…

Ponieważ do hostelu przyjechaliśmy wczesnym rankiem, rzuciliśmy swoje rzeczy w recepcji i udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca do zjedzenia śniadania, później zaś wybraliśmy się na poszukiwanie kawałka zieleni, na którym moglibyśmy w słoneczku powylegiwać się w oczekiwaniu na czas zameldowania. Dotarliśmy do Parku/Placu Ludowego, do którego mogliśmy wejść dopiero po uiszczeniu opłaty, ponieważ okazało się, że przez przypadek weszliśmy do tamtejszego parku rozrywki! Niezbyt nas jednak garnęło do skorzystania z którejś z atrakcji, dlatego szybko opuściliśmy ten teren i pozwiedzaliśmy resztę placu, gdzie znajdowało się dużo zieleni, rzeźby i widok na Shwedagon, czyli najważniejszą pagodę w Yangonie (i prawdopodobnie w całym kraju) – na tyle ważna, że w nowej stolicy Naypidaw znajduje się jej wierna replika! Następnie udaliśmy się do naszego hostelu, gdzie w końcu zameldowaliśmy się i udaliśmy się na drzemkę.

Jako, iż pobudka nastąpiła dość późno, mieliśmy w planach wybrać się na wieczorne zwiedzanie miasta, jednak zostaliśmy w hostelu, ponieważ miało się tam odbywać zebranie ToastMasters – wydarzenie, w którym od dawna chciałem wziąć udział. W sumie zebrało się około 20 osób z różnych stron świata, całość zaś miała być prowadzona w języku angielskim. Zajęliśmy więc miejsca i wzięliśmy udział w spotkaniu, sam zaś postanowiłem spróbować swoich sił, mając za zadanie w ciągu minuty przedstawić co według mnie stanowi o wyjątkowości świąt Bożego Narodzenia. Zdecydowanie polecam każdemu spróbować – było to zadanie dużo trudniejsze, niż sądziłem! Po wszystkim udaliśmy się do baru obok hostelu na kolację, gdzie dołączył do nas jeden z uczestników spotkania. Po miłym posiedzeniu wróciliśmy do naszej noclegowni, by zebrać siły na następny dzień.

Kolejnego dnia Dorota odłączyła się od naszej grupki na poszukiwanie dobrego miejsca na wypicie kawki i relaks z lekturą, a ja z Kamilem i Edytą postanowiliśmy trochę pospacerować po mieście. Odwiedziliśmy kolejny park, gdzie spędziliśmy trochę czasu leżakując na trawniku, następnie odwiedziliśmy parę świątyń – w tym Chaukhtatgyi, gdzie znajduje się jeden z największych posągów leżącego Buddy w Birmie (ponad 65 metrów długości) i Ngahtatgyi. Gdy zaczęło robić się późno wróciliśmy do hostelu, w którym zostaliśmy już do końca dnia – potrzeba odpoczynku była silniejsza od potrzeby nocnego zwiedzania miasta.

Ostatniego dnia ruszyliśmy ponownie na miasto, tym razem jednak mając bardziej za cel obłowenie się w suweniry i pamiątki. Było to dość interesujące z tego względu, że musieliśmy mocno kombinować z finansami – kończyła nam się gotówka, płatności kartą w Birmie nie są wciąż zbyt powszechne, a wypłata z bankomatu byłaby nieopłacalna w mniejszych sumach z powodu wysokich prowizji. Ostatecznie jednak udało nam się nabyć kilka rzeczy bez kompletnego opróżniania portfeli, więc kolejnym celem było zaspokojenie głodu. Tutaj również nie obyło się bez komplikacji – nasz pierwszy cel, czyli znane wszystkim KFC, nie respektował płatności kartą, kolejne dwa odwiedzone przez nas lokale również. W końcu udaliśmy się do miejsca odkrytego dzień wcześniej przez Dorotę, w którym nie było problemu z transakcjami bezgotówkowymi. Zbiegiem okoliczności zasiedliśmy do stolika, przy którym wisiało zdjęcie właściciela lokalu z parą prezydencką – Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewską. Stołowaliśmy się więc jak głowy Polski!

Po strawie skierowaliśmy się w stronę będącego w pobliżu Monumentu Niepodległości, które otoczone jest całym spektrum budynków z różnych stylów i okresów – Ratusz, siedziba Sądu Najwyższego, Pagoda Sule, Kościół Baptystów, nowoczesne wieżowce… Fantastyczna mieszanka. Jak się w międzyczasie okazało, w parku, gdzie znajduje się monument, tego dnia miał się odbyć festiwal światła w związku z trzecią rocznicą związania sie z japońską miejscowością Fukuoka w formie miast partnerskich, więc zgromadziło się dość dużo osób, występowała orkiestra, były różne pokazy na scenie, na koniec zaś nastąpiła iluminacja ozdób ustawionych po całym parku. Cóż za sposób na spędzenie ostatniego wieczora w Birmie! Po całym wydarzeniu wróciliśmy okrężną drogą do hostelu, zamówiliśmy taksówkę i ruszyliśmy na lotnisko, gdzie spędziliśmy ostatnią noc w oczekiwaniu na poranny lot do Bangkoku.

Jak podsumować nasz pobyt w Birmie? Ciężko to zawrzeć w kilku zdaniach. Zdecydowanie warto odwiedzić ten kraj – z pewnością przeżyjesz szok kulturowy, ujrzysz też ogromny kontrast między biednymi obszarami wiejskimi, które niemal zatrzymały się w rozwoju, a wielkimi, bliższymi nam metropoliami. Na pewno jest to miejsce, które na długo zostanie w mojej pamięci i do którego z chęcią wybrałbym się ponownie.

221 dni

Kategorie
Birma Podróże

Mandalaj – (nie)krótka relacja (cz. 6)

Kolejne dni w Birmie spędziliśmy odwiedzając jedną z największych miejscowości tego kraju – Mandalaj. Wizyta w nim, w porównaniu z tym, co widzieliśmy wcześniej, była niczym powrót do przyszłości.

Do Mandalaj zajechaliśmy w okolicach godziny 21, więc była to tym razem dość wczesna pora dojazdu. Jadąc z dworca autobusowego do naszego hotelu można było odczuć, że dotarliśmy do wielkiego miasta – z każdej strony zaczęły nas otaczać wysokie na kilka-kilkanaście pięter budynki, mijaliśmy sklepowe szyldy i reklamowe banery znanych nam marek, obok nas przejeżdzały lśniące nowością samochody… ogromny kontrast względem tego, co widzieliśmy do tej pory.

Pierwsze miejsce noclegowe przypominało mi trochę przybytki rodem z PRLu – spanie na podłodze u mnichów w drodze do Inle było w moim odczuciu bardziej przytulne, niż ten hotelik. Dlatego też w trakcie narady nad planem na ostatnie dni w Birmie pierwszą decyzją była zmiana lokalu na kolejną noc w Mandalay. Gdy wyszliśmy jeszcze w poszukiwaniu jedzenie, jedynym punktem dostępnym w okolicach 23 było małe stoisko rozstawione na ulicy, które w zasadzie już się powoli zwijało, ale zlitowali się nad nami i dali nam możliwość zamówić coś jeszcze. Wtedy po raz pierwszy spróbowaliśmy parathę i zasmakowała nam tak bardzo, że w kolejnych dniach odwiedziliśmy to miejsce jeszcze dwa razy.

Rankiem wybraliśmy się w rejs barką na drugą stronę rzeki Irawadi do miasteczka Mingun, które jest największą atrakcją w Mandalaj. Zarówno sam rejs, jak i opłata za wejście do miasteczka kosztuje po 5000 MMK ( w sumie 10 tys. kjatów, czyli około 25 złotych). Jest tam kilka miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić – między innymi pagoda Pahtodawgyi. Docelowo miała mieć wysokość 150 metrów, co czyniłoby ją największą pagodą i jednym z największych obiektów sakralnych na świecie. Niestety budowa zakończyła się, gdy osiągnięto wysokość „zaledwie” 50 metrów z powodu przesądności ówczesnego króla (przepowiednia głosiła, że wraz z końcem budowy pagody nadejdzie również kres królestwa). Jedno z trzęsień ziemi dołożyło do budowli „blizny” w postaci licznych pęknięć.

Na jego szczycie miał się znajdować dzwon Mingun – obecnie największy bijący dzwon na świecie (był numerem jeden aż do roku 2000 – kiedy chiński Dzwon Powodzenia pobił rekord), ważący ponad 90 ton. Jest on tak wielki, że „do środka” może bezproblemowo wejść kilka osób. Innym z ważnych miejsc w tej okolicy jest pagoda Hsinbyume, która swoją architekturą ma odwzorowywać świętą górę Meru, będącą w wierzeniach buddyjskich i hinduskich centrum Wszechświata. Swoją bielą wyróżnia się w okolicznym krajobrazie, zaś z jej szczytu można podziwiać panoramę Mandalaj. Odwiedziliśmy też kapliczkę Minguna Sayadaw – mnicha, który zasłynął między innymi z tego, że wyrecytował z pamięci 16 tysięcy stron kanonicznego tekstu buddyjskiego, co sprawiło, że zapisał się na kartach księgi rekordów Guinessa.

Po powrocie z Mingun pospacerowaliśmy trochę po Mandalaj, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do hotelu, aby przenieść swoje rzeczy do innego hostelu, który wyglądał już o niebo lepiej, niż nasz pierwszy punkt noclegowy. Następnie udaliśmy się na wzgórze Mandalaj, aby móc podziwiać zachód słońca. Niestety trochę niedoszacowaliśmy poziomu trudności tego zadania – wejście na samą górę to trasa mająca około 2 kilometry w linii poziomej i ponad 200 metrów w linii pionowej pełna świątyń i ołtarzy. Mimo, iż nogi odmawiały posłuszeństwa, brakowało tchu i umysł domagał się porzucenia tego zadania, ostatecznie udało nam się dotrzeć na najwyżej położony punkt widokowy. Co prawda nie zdążyliśmy z niego ujrzeć słońca na horyzoncie, ale sam widok Mandalaj skąpanego w pomarańczowo-różowej aurze był wystarczającym wynagrodzeniem naszego trudu. W drodze powrotnej zaczepił nas jeszcze pewien ciekawski mieszkaniec, z którym porozmawialiśmy dobre kilkanaście minut na przeróżne tematy, udaliśmy się ponownie na parathę, stając się drobną atrakcją reszty klientów przybytku i wróciliśmy do naszego nowego lokum na zasłużony odpoczynek.

Następnego dnia mieliśmy mały dylemat związany z planem zwiedzania – miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, były dość mocno rozrzucone. Ostatecznie zdecydowaliśmy się najpierw odwiedzić kilka miejsc w samym mieście, robiąc przy okazji obchód wzdłuż południowej i wschodniej ściany pałacu Mandalaj (w sumie niecałe 5 kilometrów). Dotarliśmy do pagody Kuthodaw, gdzie można znaleźć ponad 700 mniejszych kapliczek skrywających w swoich wnętrzu kamienne „strony” tekstów buddyjskich, co czyni je „największą” książką świata. W tym miejscu współpracy odmówił gimbal, którym się wspierałem przy nagrywaniu filmów.

Stamtąd wzięliśmy tuktuka na most U-Bein, leżący kilkanaście kilometrów na południe od centrum. Jest to najstarszy (wziesiony około 1850 roku) i najdłuższy (1200 metrów) na świecie most wykonany z drewna tekowego. Widząc go z zewnątrz zrobił na nas ogromne wrażenie, jednak spacer po nim już był dla mnie nieco rozczarowujący, głównie za sprawą tłumnych chińskich wycieczek, przez co czułem się gorzej, niż na sopockim molo w szczycie sezonu. Dlatego osobiście polecam najpierw odbyć spacer po nim, a następnie już będąć gdzieś poza nim znaleźć dobry punkt na zdjęcie przy zachodzącym słońcu.

Stamtąd wróciliśmy bezpośrednio do hostelu, by przygotować się do podróży do ostatniego punktu naszej wyprawy po Birmie – Jangonu, byłej stolicy kraju.

229 dni

Kategorie
Birma Podróże

Jezioro Inle i miasto świątyń Bagan – (nie)krótka relacja (cz. 5)

Po pierwszych dniach w Birmie i oswojeniu się z nową rzeczywistością, w której się znaleźliśmy, kontynuowaliśmy eksplorację tego fascynującego kraju.

Po dotarciu do Kalaw następne dwa dni spędziliśmy na trekkingu po lokalnych polach, lasach i górach w celu dostania się do miejscowości Nyaungshwe, leżącej przy jeziorze Inle. Była to świetna okazja, aby podejrzeć życie zwykłych mieszkańców kraju i podziwiać wiejskie krajobrazy.

Pierwszego dnia zostaliśmy odwiezieni razem z kilkoma innymi osobami i przewodnikiem kilkanaście kilometrów od miasteczka Kalaw (była też możliwość wyboru trekkingu trzydniowego, w trakcie której ten dystans pokonuje się pieszo, ale ze względów czasowo-finansowych zdecydowaliśmy się na krótszą wersję), by ruszyć w kierunku klasztoru znajdującego się pośrodku niczego. W międzyczasie przeszliśmy przez małą miejscowość, gdzie akurat funkcjonował lokalny rynek, a przed domami leżały całe stosy świeżo zebranych ostrych papryczek, jak również małą wioskę składającą się z kilku gospodarstw, ujrzeliśmy jak „wybija” się ziarna ze zbóż i mieliśmy przystanek na kąpiel w rzece razem z wołem.

Noc w klasztorze była również dość osobliwym doświadczeniem – ze względu na oszczędność nie korzysta się tam ze sztucznego oświetlenia (oraz, jak dopowiedział nam przewodnik, niestabilność sieci), więc kolację spożyliśmy przy świetle świeczek, nocą zaś można było obejrzeć nieskażone światłem niebo rozświetlone setkami gwiazd. Nasz przewodnik spędził z nami wieczór przybliżając nam obecną sytuację w kraju – czuć było, że nie chce otwarcie o wszystkim mówić wprost, ale nie jest zadowolony z tego, co obecnie dzieje się w Birmie. Przedstawił nam genezę trwających tam walk, rolę wojska w działaniu kraju i opowiedział o tym, jak żyje tu przeciętny człowiek. Testował też parę razy naszą inteligencję, podsuwając do rozwiązania zagadki z zapałkami czy innymi rekwizytami.

Kolejny dzień to kontynuacja pieszej podróży. W ciągu około 5 godzin przeszliśmy ponad 20 kilometrów, aż dotarliśmy do miasteczka Ywama, w którym zmieniliśmy sposób przemieszczania się na łódkę, gdyż okolica ta słynie z pływających wiosek i ogrodów. Z jej pomocą podpłynęliśmy do kilku charakterystycznych miejsc, jak na przykład rodzinny zakład produkujący biżuterię ze srebra. Później wypłynęliśmy już na „wielką wodę” jeziora Inle, skąd mogliśmy podziwiać popularnych dla tego regionu rybaków, uzbrojonych w wielkie bambusowe kosze i wiosła, którymi operują z pomocą nóg. Nasz przewodnik skorzystał z okazji, by pokazać nam rybaków faktycznie wykonujących swoją pracę, jak również „pozerów” ustawiających się do zdjęć. Dopłynąwszy do Nyaungshwe nasz trekking oficjalnie się zakończył, więc udaliśmy się do naszego hostelu, by odsapnąć, skorzystać z prysznica i udać się na miasto w poszukiwaniu marketu, na którym moglibyśmy coś zjeść. Postanowiliśmy też tego wieczoru zostać w naszym lokum, więc w celu umilenia czasu zakupiliśmy najdroższy trunek, jaki znaleźliśmy w sklepie – butelkę 0,7l Mandalay Rum Export w zawrotnej cenie 3000 kyatów, czyli… w okolicach ośmiu złotych. Zdecydowanie nie był to najlepszy alkohol, jaki dane mi było w życiu spróbować, ale wystarczająco dobrze komponował się z colą, chipsami i kartami po prawie 50 kilometrach przebytych w ciągu dwóch dni.

Następny dzień należał głównie do oczekiwania na nocny autobus, więc zdecydowaliśmy się na wypożyczenie rowerów i pozwiedzania okolicy wokół miejscowości. Zdecydowanie nie był to wypad najbardziej owocny – udało nam się dotrzeć jedynie do winnicy Red Mountain, co było okupione pokonaniem dość nieprzyjaznej drogi, zerwaniem moich japonek #3 i parokrotnym pomyleniem drogi. Popołudnie i wieczór to już spokojne oczekiwanie w hostelu aż do przyjazdu tuktuka, którym udaliśmy się do punktu zbiórki na nocny autobus jadący do prawdopodobnie jednej z najbardziej osobliwych miejscowości, jakie dane było mi odwiedzić – Bagan.

Po ośmiu godzinach i około 350 kilometrach do miejscowości dojechaliśmy koło trzeciej nad ranem, a dokładniej najpierw do zajezdni autobusowej przy lotnisku w sąsiednim Nyuang U, oddalonej o kilka kilometrów od naszego hostelu. Wzięliśmy więc taksówkę, zapłaciliśmy po 25 tysięcy kyatów za wstęp do Bagan (tak, za wejście do tej miejscowości turyści muszą zapłacić przy jednym z punktów kontrolnych na drodze do niej) i dotarliśmy do hostelu, który…. okazał się nie być naszym hostelem, lecz innym obiektem o tej samej nazwie. Czekał więc nas dodatkowy, trzykilometrowy spacer do drugiego miejsca o tej nazwie, którą wskazywała nam mapa. Na miejscu okazało się, że recepcja jest nieczynna, więc nie możemy się zameldować i możemy wrócić dopiero o godzinie dziesiątej. Zostawiliśmy więc plecaki i ruszyliśmy kolejne 5 kilometrów na punkt widokowy, oznaczony jako dobre miejsce na obserwację wschodu słońca.

Cóż to był za widok! Około godziny szóstej, kiedy niebo zaczęło nabierać pomarańczowej barwy, w powietrze zaczęły się wzbijać balony, które są wielką atrakcją Bagan (cena za taką przyjemność również jest wielka – koszta zaczynają się ponoć od 300 dolarów za osobę), serwując niesamowity krajobraz. Do ich tańca w przestworzach po jakimś czasie dołączyło słońce, które zaczęło powoli wychylać się zza horyzontu, tworząc wspólnie niezapomniany pejzaż.

Gdy balony już opadły i słońce wzbiło się wysoko, pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i rzucenia okiem na panoramę płynącej przy mieście rzeki Irawadi. Wtedy też staliśmy się celem kilkuletnich akwizytorów, którzy namawiali nas na zakup rysunków ich autorstwa za 200 kyatów za sztukę. Kamil ostatecznie się ugiął i kupił zestaw czterech malunków od najmniejszego z artystów. Następnie, koło godziny dziesiątej, wróciliśmy do hostelu w celu rozpakowania się, umycia i – co najważniejsze – udania się na drzemkę w celu odzyskania sił po nocno-porannych wojażach.

Gdy wszyscy się wybudzili i byli w gotowości do dalszego działania zbliżał się już wieczór, więc postanowiliśmy udać się na kolejny punkt widokowy – tym razem w celu obserwacji zachodu słońca. O ile rankiem mieliśmy punkt obserwacyjny niemal wyłącznie dla siebie, tak wieczorową porą byliśmy częścią dość dużego grona widzów tego seansu, ale to nie przeszkodziło nam w żaden sposób rozkoszować się widokiem słońca tonącego w morzu świątyń.

A, bo jeszcze nie zdążyłem o tym napisać! Bagan to miejsce wyjątkowe z tego względu, iż obecnie na terenie około stu kilometrów kwadratowych znajduje się ponad dwa tysiące pagód, świątyń, klasztorów i innych obiektów religijnych! Jeżeli ta liczba wprawiła cię w osłupienie, to teraz się trzymaj czegoś – na przestrzeni wieków na tym terenie wzniesiono łącznie około DZIESIĘĆ TYSIĘCY tego typu budowli! Jest to jeden z obszarów w tym kraju wpisany do listy światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety, ze względu na bardzo liczne i niekiedy bardzo silne trzęsienia ziemi, jakie nawiedzają ten teren (ostatnie, w 2016 roku, miało siłę 6.8 w skali Richtera!), większość z nich została zniszczona lub poważnie uszkodzona. Niektórzy turyści decydowali się na wspinaczkę na dachy świątyń w celu obserwacji wschodów i zachodów słońca, lecz po śmiertelnym wypadku w 2017, władze nałożyły rygorystyczne ograniczenia na tę aktywność.

Kolejnego dnia, już w bardziej ludzkich godzinach, kontynuowaliśmy zwiedzanie Bagan na elektrycznych skuterach, które są dość tanim (8000 kyatów za dzień) i bardzo popularnym sposobem na przemieszczanie się po okolicy. W ten sposób zjechaliśmy większość obszaru o największym skupieniu świątyń, w tym te najpopularniejsze, jak Ananda, Dhamma Ya Zika, Sulamani czy Thatbyinnyu. Oczywiście miejsc wartych odwiedzenia jest dużo więcej, przeplatanych setkami mniejszych obiektów, ale niestety jeden dzień to zdecydowanie zbyt mało, by ujrzeć je wszystkie. Tym bardziej, że mieliśmy mały incydent z jednym z elektrycznych skuterków – bateria przedwcześnie się rozładowała, przez co musieliśmy prawie godzinny przymusowy postój w oczekiwaniu na wymianę pojazdu.

O godzinie 16:30 byliśmy już w hostelu, spakowani i gotowi do ruszenia w dalszą drogę, do miejscowości Mandalay. Oznaczało to, że nasza podróż po Birmie zbliżała się już do końca…

249 dni